Październik 2013 archive

DIY na spotkaniu Trójmiejskich Mam

Pisanie bloga stało się naprawdę bardzo ważną częścią mojego życia i, jak się okazuje, nie ogranicza się do pisania i wstawiania zdjęć od czasu do czasu, ale przekłada się na poznawanie nowych ludzi i na nowe wyzwania i zadania, które pojawiają się co jakiś czas na mojej drodze. Złapałam się na tym, że opowiadając o sobie mówię, że mam na imię Emilka, jestem grafikiem i dekoratorką oraz…blogerką.

Tak się mniej więcej przedstawiłam w sobotę uczestniczkom spotkania Mam w ramach Trójmiejskich Mam, które odbyło się w Gdyni w Strefie StartUp. Co tam robiłam? Prowadziłam warsztaty z kreatywnego, papierowego dekorowania stołu na swobodną, rodzinną imprezę. Miałam godzinę oraz mnóstwo boskich akcesoriów prosto ze Scandiloft i IKEA, żeby pokazać kilka rozwiązań oraz zachęcić Uczestniczki do czynnego dekorowania warsztatowego stołu. Oprócz moich zajęć Panie Mamy miały okazję wypróbować zumbę dla dzieci i mam, wziąć udział w warsztatach fotograficznych, spróbować zdrowych, wegańskch koktaili, czy obejrzeć dziecięcą kolekcję Mon Chou. Wszystko obserwowałam i byłam pod wrażeniem energii, z jaką prowadzący zajęcia i prezentacje przedstawiali swój program. Nie da się ukryć, że z wielką chęcią próbowałam ciastek i pysznego ciasta prosto z Ale Ciacho Cafe. Swoja drogą super nazwa :)

Całą imprezę fotografowała Subobiektywna, z czego bardzo się cieszyłam, bo jak Agnieszka robi zdjęcia, wiadomo, że będą świetne (jeśli oglądaliście fotki ze spotkania blogerek w Gdyni w lipcu, to wiecie co mam na myśli).

Mój zamysł był prosty i zdecydowanie papierowy. Skoro stół na rodzinną imprezę z dziećmi, to czemu nie pozwolić dzieciom uczestniczyć w przygotowywaniu dekoracji i nie zaangażować ich w nakrywanie stołu? Zaproponowałam stół przykryty arkuszami pakowego papieru, który można ozdobić pieczątkami z kolorowym tuszem, taśmami, ręcznymi rysunkami. Która babcia nie byłaby zachwycona jedząc przy stole, na którym obrus byłby ręcznie ozdobiony przez wnuki? Do tego kolorowe papierowe talerze i kubki, żeby było wesoło i jednorazowo, a przy okazji na koniec było mniej sprzątania. Każde nakrycie miało być oznaczone specjalną, słodką winietką, a ozdobione słoiki były wypełnione papierowymi słomkami – wszystko w stylu retro i trochę marynarskim (te biało-czerwone pasy) – w końcu Trójmiejskie Mamy. Potrawy miały być oznaczone ręcznie wykonanymi etykietami.

Wydaje mi się, że plan się udał. Z przyjemnością patrzyłam jak Uczestniczki i ich dzieci razem ze mną dekorują papierowy obrus pieczątkami i ozdabiają słoiki taśmami i sznurkami. Największym hitem były jednak winietki z niespodzianką, czyli ciastka zapakowane w kolorowe torebki, ozdobione na kolorowo taśmami, sznurkami, słomkami i zaopatrzone w etykietę z imieniem obdarowanej osoby. Ponieważ spotkanie było mamowe, jestem pewna, że wszyscy obdarowaniu tatusiowie byli zachwyceni, bo to dla nich przeważnie dzieci robiły te mini prezenty.

To była tylko godzina, choć chęci było na znacznie więcej. Czas był ograniczony, więc nie mogłam przedstawić wszystkiego, co mi przyszło do głowy. Mam nadzieję, że Uczestniczki bawiły się tak dobrze, jak ja.

fot. / Subobiektywna

Pełną relację z całego spotkania Trójmiejskich Mam możecie znaleźć TUTAJ.

 

Kierunek Sopot

Nie pamiętam, czy wspominałam, ale w sobote byłam panią warsztatową i prowadziłam godzinne warsztaty dekoracyjno-diajłajowe (jezu, co za określenie) na Spotkaniu Trójmiejskich Mam w Gdyni. Już jutro będę mogła pokazać zdjęcia i opisać wszystko, moje wrażenia w związku z mamami i sceniczną tremą.

Ale mój weekend to nie tylko mamy, dzieci i warsztaty, ale też kilka chwil z Tekstualną, Tatowym i Inulą. Nie było dużo czasu – impreza mamowa pochłonęła wszystko, nawet na wyspanie nie było czasu, pomimo korzystnej zmiany na godzinę dłużej :) Kilka godzin przed moim powrotnym pociągiem spędziliśmy w Sopocie. Nie mogłam pozwolić, żeby wizyta w Trójmieście ograniczała się tylko do siedzenia w 4 ścianach i w samochodzie – trzeba było koniecznie wyjść, przejść się, pooglądać ludzi i zdjeść coś dobrego.

Na początek w końcu udało mi się zjeść śniadanie w Mitte – Chleb i Kawa. To był naprawdę dobry początek dnia. Pierwszy raz byłam też w Zatoce Sztuki. Miejsce piekne, wielkie okna i wnętrze, które jest bardzo w moim stylu (i ten stary neon!!! uwielbiam fonty). Tak, jak stwierdziła Monika – może i jest to zatoka sztuki, ale kawy i herbaty na pewno nie. Równie dobrze mogłam zapłacić 2zł za gorącą czekoladę w automacie, taki był smakowy level. Monika była tego samego zdania. Za to widoki delkatnie rekompensowały nasze smakowe straty moralne. Był i spacer, i deszcz, i pizza, i 3-godzinna podróż do Olsztyna. Fajnie było! Ostrzegam – dużo zdjęć :) Nie mogłam się zdecydować które lubię bardziej, więc dałam dużo!

 

VIDEO #1 świetlny tutorial

Ponieważ sama uwielbiam oglądać filmiki na blogach, postanowiłam zorganizować to samo na E for Event. Umożliwiła mi to Asia Wołejszo, która mnie nakręciła, powycinała, zmontowała, przyspieszyła, rozmazała i na koniec nawet podłożyła muzykę :) i która wznawia przygodę z blogowaniem – zdolna bestia. Muszę przyznać, że pracy przy tym jest sporo, ale zabawa przednia i chcę więcej, i planujemy kolejne takie akcje wkrótce.

Jak filmik na EfE to DIY. Dzisiaj chcę Wam pokazać jak prosto jest zrobić literową lampkę.

Potrzebne rzeczy:
1. Litera (tekturowa, z masy papierowej, ze styroduru, z drewna)
2. Klocek drewniany / podstawka
3. Ledy (ja użyłam 5 modułów, bo tyle mi było potrzebnych – zalecam skonsultowanie się z kimś uświadomionym elektrycznie – mi ledy dopasował i podłączył do akumulatora i wtyczki Bartek, sama nie próbowałam)
4. Farba w sprayu (ja użyłam wodnej)
5. Taśma izolacyjna
6. Nożyczki
7. Pistolet do klejenia na ciepło (<3)

A co z tym zrobić? Myślę, że dobrze widać na filmie. Jedna dodatkowa uwaga: kleju na ciepło nigdy za wiele, to Twój największy przyjaciel :) tylko trzeba uważać, żeby się nie poparzyć!

Zaopatrzcie się w popkorn i kolę, i zapraszam na premierowy seans :)

w rolach głównych: Emilia P.

reżyseria  |  montaż   | efekty specjalne: Joanna Wołejszo

muzyka: Jessie Ware
T-shirt: COTO

 

5 niezbędnych

Jakie są Wasze absolutnie ulubione rzeczy? Ja mam takich masę, zmienia mi się co i rusz, a już na pewno nie mogę ich zamknąć w liczbie, którą policzę na palcach. Czasem, w związku z jakimś przeczytanym tekstem, czy obejrzanym filmem, zastanawiam się z czego bym mogła zrezygnować, co jest nezbędne, a braku czego bym nie odczuła. Ostatnio czytałam o życiu minimalistycznym, o pozbywaniu się niepotrzebnych rzeczy, o życiowych porządkach, albo o oszczędzaniu, niekupowaniu pierdół i dóbr luksusowych. Nie to, żebym miała coś przeciwko oszczędzaniu, wprost przeciwnie, idę w to dzielnie już od kilku tygodni, ale jednak coś jest na rzeczy z tymi niezbędnikami.

Tak ogólnie, na poważne to nie jestem w stanie wybrać najważniejszych przedmiotów, rzeczy, natomiast jak najbardziej mogę określić 5 najważniejszych i najniezbędniejszych w tym momencie, 5 pierwszych skojarzeń.

1. Książki. To moja miłość. Uwielbiam. Czytam w autobusie, w przerwie na kawę w biurze, przy śniadaniu i po przebudzeniu często też (żeby porwała mnie historia i żeby mi się nie chciało spać). Lubię krwawe kryminały, babskie o miłości, kucharskie (tu wolę oglądać, niż czytać), polskie i niepolskie. Teraz na tapecie jest najnowszy Krajewski, więc zanurzam się w powojennym Wrocławiu, co w sumie jest dosyć aktualnym tematem, skoro mam zamiar spędzić tam niedługo aż 3 dni :)

2. Czekolada. No dobra, wiem, że nie jest to odkrycie, ani nie jestem pierwsza :) Naprawdę to jest coś, co lubię. Dział czekoladowy to mój ulubiony punkt supermarketowych zakupów i nie ma opcji, żeby zapasy przetrwały dłużej niż 2 dni. Big lowe!
Mam kilka takich super czekoladowych wspomnień: gorąca czekolada w Warszawa Powiśle z eN, podczas oglądania niszowego filmu, który był bardzo dla dorosłych, tort na weselu Tekstualnej i Tatowego (pycha!!), ciasto na imprezce po chrzcie Inuli, tony zimnych lodów w czekoladzie z Lidla na samym początku mej warszawskiej kariery.

3. Peeling z Pat&Rub. To jest moje odkrycie i ulubiony kosmetyk od kilku miesięcy (i mam nadzieje, że potrwa to kolejnych kilka miesięcy, skoro używam tak oszczędnie). Nie jest tani, ale jest niesamowity i dlatego używanie go to jak święto :) Nie za bardzo znam się na składach i właściwościach, ale jest napakowany dobrymi rzeczami, które sa bardzo skuteczne, pachną i balsamują, i sprawiają, że czuję się jak kobieta luksusowa! Tak więc drogi Święty Mikołaju….

4. Mój imienny naszyjnik, który sobie zafundowałam ponad rok temu i którego od tego czasu nie zdejmuje. Jest mój absolutnie ulubiony. Złoty – to wszystko tłumaczy :) I to bardzo delikatne nawiązanie do Carrie Broadshaw!

5. Zostawiłam sobie najlepsze na koniec (to tak, jak w przedszkolu, kiedy najpierw jadłam ziemnaiki, a na koniec kotleta). Najbardziej niezbędne są moje wąsacze, w liczbie trzech. Nie wliczają się w rzeczy, ale i tak pasują do mojej listy. Dziękuję losowi, że akurat w zeszłe wakacje pilnie poszukiwałam mieszkania do wynajęcia. Dziękuję Bartkowi, że zgodził się na Edka. Dziękuję Innookiej Kasi, że namówiła mnie na drugiego kocura i dzięki temu mamy Ryśka. Potrójna wąsata ekipa to coś, co lubię najbardziej i potrzebuję na co dzień, i wybaczam wszystko, nawet jak Rysiek budzi nad ranem targając mnie za włosy (przecież to najlepsza zabawa).

 

Straszne rzeczy – tutorial origami

O wczoraj nie mogę tego powiedzieć, ale dzisiaj zdecydowanie nastraja mnie kreatywnie. To chyba trochę słońca, a taka różnica. Wczoraj moje twórcze możliwości polegały na przemieszczaniu się z kąta w kąt, a dzisiaj proszę, obrót o 180 stopni!

Co sądzicie o halloweenowych imprezach? Jeśli chodzi o imprezy to nigdy na żadnej nie byłam. Bardziej nastrajają mnie wieczorne spacery po cmentarzach. Listopad i ten czas w roku to dla mnie taki spokojny okres, na pewno nie czas na harce owinięta w badnaż i czerwoną farbę. Ale ale – nie mam nic przeciwko halloweenowym dekoracjom i wierzę, że takie imprezy to świetna zabawa. A jak Halloween i dekoracje, to nietoperze. Wiecie, że mam słabość do papieru? Dynie to nie moja bajka, za to papierowe wiszące potworki, jak najbardziej. Daję głowę za to, że kilkanaście takich nietoperzy pod halloweenowym sufitem i sukces dekoratorski murowany!

5 nietoperzy wisi już u mnie w biurze. Na razie jest fajnie, jasno i kolorowo i w ogóle niestrasznie, ale niech się trochę ściemni…

Przygotowałam dla Was krótki tutorial, więc łapcie za czarny papier i przystrajajcie!

1. Potrzebujesz kwadratowych arkuszy papieru. Ja mam kwadraty o wymiarach 20x20cm, w kolorze czarnym (ale kto powiedział, że nietoperze nie moga byc różowe)

2. Złóż kwadrat na pół. Rozłóż i zegnij w drugą stronę, na krzyż.

3. Przed oczami najprawdopodobniej masz trójkąt, podstawa na dole, a wierzchołek na górze, dalej od Ciebie. Zagnij podstawe do góry, tworząc kształt łódki i zostawiając nieduży trójkąt na górze. Górny wierzchołek zagnij do środka

4. Złóż nietoperza na pół.

5. Zegnij każde skrzydło na zewnątrz, wzdłuż linni zaznaczonej na pomarańczowo.

6. Zegnij ponownie każde skrzydło, wzdłuż zaznaczonej linii. Zgięcie powinno być styczne do linni korpusu nietoperza, która będzie widoczna, jak zegniesz to skrzydło. Po zgięciu każdego skrzydła na zewnątrz wszystkie krawędzie, skrzydeł i korpusu, powinny do siebie przylegać.

7. Teraz, na koniec, zagnij końcówki skrzydeł w taki sposób, jak widzisz na zdjęciu. Złap za te zagięte końcówki i rozłóż nietoperza. Tadaaam!

Już po krzyku, jestem z Ciebie barrdzo dumna, że dotrwałaś /eś ze mną do samego końca :)

/ Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie nawiązać do Ewy Ch. z całą moją do niej sympatią, bo na pewno łatwo tego nietoperza od razu złożyć nie było, więc czuję się niemal jak dumna trenerka patrząca na spoconą, mokrą i wyczerpaną grupę/

fot. Gabinet

 

I [heart] weekends

Nie mogę uwierzyć, że już jest koniec weekendu. Prawie go nie poczułam, tyle się działo. Ale dobrze się działo. Dużo i domowo, trochę pracowo też, a jakże :)
Cały weekend myślę i planuję. Szykuje mi się prowadzenie warsztatów dekoracyjnych, za tydzień, szybka wycieczka do Wrocławia, za ponad dwa. Jest o czym myśleć i sie na co cieszyć. Ciągle żyję w niepewności i podekscytowaniu czekając na filmik, robiony tydzień temu. Mój pierwszy i, mam nadzieję, nie ostatni, ale wciąż nie wiem jak to wszystko wyjdzie. Jedno jest pewne, musi wyjść dobrze, skoro robiła go Asia.


 
Weekendy są super. W końcu mogłam zjeść śniadanie z B. Takie na spokojnie, cenne szczególnie, że ostatnio dużo go w domu nie było. Wiem, że grzanki sa bardzo, bardzo niezdrowe, ale jest zimno i trzeba gromadzić tłuszcz na mrozy!
Z okazji soboty mogłam zauważyć, że rośnie nam pierwszy pomidor. Kilka tygodni temu dostałam sadzonkę od Gabi, posadziliśmy i nic…podlewałam i myślałam, że nic z tego nie będzie, a tu jeden taki groszek rośnie. Są wątpliwości, czy uda mu się dojrzeć, ale wierzę w niego!
A pracowo działo się to, co lubię, czyli pompony! Dzisiaj obchodzi 1 urodziny pewna śliczna mała dziewczynka i tych kilka pomponów będzie dekorować jej wielką urodzinową imprezę :) To musi wyglądać super i mam nadzieję, że jej mama będzie zadowolona. Ja jestem. Blady różowy i biały to takie słodkie, cukierkowe połączenie.
Od jutra kolejny tydzień pracy, pracy, pracy. Trzeba naładować baterie!
 
 
 

Kamienica vs loft

Internet to moje ulubione źródło inspiracji (czy jestem jedyna??). Wszelakiej, ale dziś chcę poruszyć bardziej temat mieszkaniowy. Raz na jakiś czas przeglądam internet w poszukiwaniu kamienicowych i loftowych zdjęć. To jest moje marzenie od dawna. Mieszkanie w kamienicy, albo lofcie. Zmienia mi się się dosyć regularnie, raz w stronę centrum miasta i kamienicy, a raz w stronę starych kompleksów garnizonowych i loftów. Czemu garnizonowych? bo jestem w Olsztynie, na razie nigdzie się nie wybieram, a tutaj brak XIX- wiecznych budynków poprzemysłowych (jak w Łodzi, czy Poznaniu), za to koszarów pod dostatkiem, w końcu tu był nawiększy garnizon Prus Wschodnich.
Na razie jeszcze okupuję wielką płytę, ale głęboko wierzę, że przeprowadzka do cegły przede mną!

Kamienica. Już kiedyś o tym pisałam – to moje marzenie, które na pewno zostało zapoczątkowane wieloletnim mieszkaniem właśnie w kamienicy w samym centrum Olsztyna (Mamo, Tato!! czemu sprzedaliście!!??). Mieszkanie było boskie, jasne, wielkie okna, wysoki sufit i drewniane antresole (ave Tata). Mój gust został tam skutecznie ukształtowany i nie zapowiada się na zmiany (nie dla mnie nowoczesne, strzeżone osiedla..).
Widzicie to zdjęcie? Zakochałam się. Kuchnia i jadalnia w jednym. To jest mój absolutny ideał.

Duża przestrzeń, ale przytulnie. Powalają mnie wielkie, półokrągło zakończone okna. Czuję rodzinną atmosferę, że tam się żyje, po prostu. Na pewno na tym stole są ślady po flamastrach i wyżłobienia od pisania list zakupów. Żarówki nad stołem to kolejna rzecz – po prostu lubię. Prosty, ażurowy efekt. Nic nie zakłóca odbioru całości, nic nie dominuje, wszystko idealnie współgra. Ne do końca przekonują mnie reflektory i celowo nieodnowiny sufit. Ale nie można mieć wszystkiego :)
Jak sobie wyobrażam siebie za kilk lat, to wychodzę z domu prosto na słoneczną, miejską aleję (bo drzewa muszą być koniecznie), wszędzie mam blisko, energia miasta mi sie udziela. Droga kolekturo totolotka. W najbliższych dniach obiecuję kupić kupon, proszę o mnie pamiętać :)

A loft? Lofty to mj plan B, choć czasem i A, to zależy i mi się zmienia, jak już wcześniej wspomniałam. Jestem bardziej zainteresowana, im więcej słysze o rewitalizacjach olsztyńskich budynków powojskowych. Bo to oznacza, że coś się dzieje :), że po prostu pojawiają się możliwości mieszkania w loftach. Na razie sama świadomość możliwości mi wystarcza.

A co mnie tak kręci? Cegła i klimat, duch miejsca, wielkie okna i przestrzeń. Lofty mają to do siebie, że przestrzenie są ogromne, że tak naprawdę można mieć wielki, wielofunkcyjny pokój. Nie do końca to mi odpowiada, bo jednak podoba mi się idea pokoi :) Ale są na to sposoby. To zdjęcie powyżej zachwyciło mnie oknami. Tak, wiem, w Polsce takie okna oznaczają grzewcze samobójstwo, ale pomarzyć można :) No i te gazetowe nogi od stołu. Świetny pomysł na stosy Elle i Twoich Stylów walające sie po domu. Drwniana podłoga też niczego sobie. Rozmarzyłam się już do reszty.

fot. kamienica/loft

 

Relaks w stylu bollywood

Pisząc poprzedni post przypomniałam sobie o różnych projektach, w których brałam udział. Zawsze mnie ciągnęło do tworzenia – żeby tylko coś robić :) Ostatnio u Rodziców znalazłam moją licealno-studencką torbę z płyt winylowych (wiertarka, czarna nitka, trochę czarnego sztruksu – Modern Talking po rosyjsku i Madonna ‚True Blue’). Były też torby z różnych jenasowych ubrań, czarne trampki pomalowane na turkusowo, płócienne torby z jakimiś kobiecymi postaciami, które sama malowałam i które mi sie kiedyś wydawały takie artystyczne :) Była szafa w 100% obklejona ulotkami newsweeka ze sklepu lingwistycznego, były plakaty ręcznie wyklejane i bóg wie co jeszcze.

A 2 lata temu robiłam makeover trójmiejskiego balkonu. Tak, to balkon Tekstualnej i Tatowego. Przypomniałam sobie o tym i sprawdziłam, czy może mam gdzieś jeszcze fotki. Mam! Tak z okazji początku tygodnia relaksujący temat :)

Było lato i była chęć siedzenia na balkonie, a balkon wtedy nie nadawał sie do przyjemnego użycia, oj nie nadawał, co zresztą widać. Szybka była decyzja Moniki – przerabiamy! Oto akcja, która trwała jeden dzień, a która przetrwała do jesieni. Akcja w stylu bollywood, żeby Monika mogła poczuć powiew egzotyczny i poczuć się jak hinduska królewna, której służący (Marek) spełnia życzenia, i masuje stopy, a wszystko z widokiem na bloki jednego z gdańskich osiedli.

To co M&M? Na wiosnę powtórka? :)

 

5 blogowych inspiracji

Czemu czytacie blogi? Ja, nim nawet pomyślałam o pisaniu własnego, czytałam blogi namiętnie, szczególnie te amerykańskie (nie wiem co w nich jest, ten powiew egzotyczny, jakby poszło się do supermarketu w RFNie w 1989 roku). Oglądałam i czytałam, żeby się inspirować, żeby łapać pomysły, żeby się czegoś fajnego dowiedzieć. Podziwiałam świetnie ubrane dziewczyny, zachłannie przeglądałam wszelkiego rodzaju DIY’e, czytałam porady biznesowe, nabierałam odwagi na to, by być freelancerem. Pamiętam jak pierwszy raz trafiłam na Design Sponge, wtedy jeszcze w starej szacie graficznej. Przepadłam. Masę godzin spędziłam klikając ‚older posts’. Patrzyłam na młode projektantki, które zarabiają na życie robiąc to, co lubią, projektując kartki okolicznościowe, wyplatając koszyki, szyjąc torby, robiąc plakaty i myślałam sobie: czemu ja nie miałabym być w takiej sytuacji, przecież to może być o mnie!  Kiedyś nawet odważyłam się wysłać do nich moje before&after – makeover trójmiejskiego balkonu w stylu bollywood. Dostałam uprzejmą odpowiedź, że jak będą zainteresowani to się odezwą :) Chyba nie byli zainteresowani jednak <smuteczek>.

Czytanie blogów jest niezwykle niebezpieczne. Zabiera tyle czasu, że ciężko to zaliczyć do porannego przeglądu prasy. Wystarczy się zapomnieć na chwilę i „zajrzeć co się dzieje na blogach” skubiąc szybko kanapkę w biurze (że niby trzeba w czasie jedzenia nie pracować, tylko zająć się czymś innym, przyjemnym) i…zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji, jak dzwoni telefon i słyszysz „Pani Emilio, kiedy wyśle pani pliki?”. Uzależniające to jest. Bardzo.

Uzależniające i inspirujące. Dziś sobie o tym pomyślałam. Czytam jakiś post i myślę, że muszę to zrobić, to jest fajne, czemu nie wiedziałam tego wcześniej? Albo skręcam się ze śmiechu i podziwiam błystkotliwość, i humor blogerów i myslę sobie, że to jest post warty zapamiętania. I można tak na okrągło.

Oto moja lista 5 rzeczy do zrobienia w trybie przyspieszonym, na podstawie naprawdę fajnych blogów. Skoro one mogą, to ja mogę też :) Tak sobie myślę.

1. Chcę bardzo w końcu zrobić użytek z farby tablicowej. Mam już na to dwa duże pomysły i kilka małych. Tak, jak Alina z Design Your Life. Prosta rzecz, a cieszy. Efekt świetny i mobilizujący do ruszenia czterech liter, i w końcu zrealizowania pomysłów, dopóki data ważności jest jeszcze sprzyjająca :)

2. Chcę zrobić sobie modową sesję jak Sylwia z Denim Feather. Do tej pory ja jej pstrykałam fotki, ale moja babska próżność nakazuje mi stanąć po drugiej stronie obiektywu i porobić trochę min :) Zresztą fajnych fotek nigdy za wiele, podziękuję sobie za 20 lat! Nie mam pomysłu na miejsce, na stylizację, na nic, ale będą Sylwię molestować w tej sprawie!

3. MUSZĘ zrobić sobie sentymentalną playlistę jak Basia z TASTE OF LIFE. Mam już zbiór piosenek do biegania, mam zestaw do zasypiania (Sade rządzi w tym temacie), to czemu nie do natychmiastowej poprawy humoru? Basia pisze o piosenkach, które przypominają jej te najfajniejsze chwile z mężem. Hmmm…pierwszą piosenką, której słuchaliśmy z Bartkiem razem, z youtube, był klasyk, czyli „Boże boże bożenko, jak mogłaś to robić z cyganem”. Nie pytajcie, czemu akurat ta pieśń, ale podejrzewam, że po niej nastąpiło „Step by step” New Kids on The Block, albo „Monalizą byłaś mi… ” Papa Dance.

(swoją drogą świetne logo!)

 

4. CHCĘ znowu zacząć oszczędzać. Tak mi dobrze szło jeszcze kilka miesięcy temu. Przypomniał mi o tym post Malowanej z BLOG JAK MALOWANY. Chcę mieć spokojną głowę i maksymalnie wysoki współczynnik spokojnego snu (choć nie powiem, śpię całkiem nieźle i ciężko mi w tym przeszkodzić). W końcu marzenia same się nie zrealizują, trzeba im czasem pomóc. Mam zamiar, jak już w końcu wyląduję w tym Paryżu, żyć, zwiedzać i kupować kawy, bagietki i makarony (macaroons), a nie spędzić 90% czasu śpiewając z playbacku w metrze machając kapeluszem i rozsiewając słowiański czar, i urok, żeby zarobić na iście paryski przysmak – zestaw w makdonaldzie. Tak mi dopomóż bogini oszczędzania! Amen.

5. Piąty punkt wiąże się dosyć ściśle z poprzednim. Chcę wyjechać na chwilę do tych miast, o których marzę. Jak oglądam ostatnie posty Marysi z Art Attack {Be Inspired} to skręca mnie z zazdrości. Ta sobie bezczelnie podróżuje, zwiedza, robi zdjęcia i konsumuje lokalne jedzenie, a ja tu w Olsztynie, na Nagórkach biegnę do Społemu po parówki :) Marysiu, zazdroszczę Ci i już sobie wizualizuję jak jestem na Twoim miejscu i znam francuski tak, jak Ty, zaliczam Francję, Hiszpanię i wszystko na około, i mam te wszystkie Twoje ciuchy w paski! :)

Wynika z tego, że mam dużo roboty :) Malować farbą tablicową, oszczędzając jednocześnie, wymyślając stylizacje na sesję, marząc o Paryżu i słuchając muzyki mej młodości wcześniejszej i późniejszej.

Życzę wspaniałego wieczoru!

 

Na dwa

Ostatnim razem tyle napisałam na maturze pisemnej z polskiego.

Według Bartka jesteśmy zupełnie różne (choć zdażyło mu się wygłosić monolog, zaczynający sie od „słuchaj Emi…” do zdziwionej Moniki) i on nie rozumie tego całego naszego podobieństwa. Nasz Tata do tej pory potrafi powiedzieć do mnie „Monia”, lub, gdy zadzwonię, pytać o Inę i Marka, i jak tam pogoda w Gdańsku. Mama nie ma problemów :) Ina też nie ma problemów – rozpoznaje swoją mamę i wyciąga do niej rączki. Ludzie zazwyczaj też nie mają problemów, a to pewnie dlatego, że zapobiegawczo odpowiadam na pozdrowienia obcych ludzi na ulicy i uśmiecham się, jak ktoś sie uśmiecha, jakby mnie znał. Normalka. Jak ktoś na ulicy krzyknie „Monika” to na bank się odwrócę. W blogosferze problemu nie było, za to było zdziwienie, że jak to…tu przykładna matka i żona z Gdańska, a tu prowadzi drugie życie z brodaczem i dwoma kotami w Olsztynie :) Rozpusta, ‚sodomia i gomoria’ i co ona w tym czasie robi z dzieckiem?

To takie moje pierwsze myśli na szybko, jak pomyślę o temacie bliźniaczek, czyli Moniki i mnie. Bo na ten temat będzie dzisiejszy post. Kilka razy dostałyśmy sygnał, że fajnie by było o tym przeczytać na blogu, o siostrach w blogowaniu, bliźniaczkach, które na pewno czują jak tą drugą boli głowa i przed czasem wiedzą, jak tamtej coś się złego dzieje. Nic nie czuję w tym momencie, więc wnioskuję, że Tekstualna ma się całkiem dobrze :)

W sobotę postanowiłyśmy przemyśleć wersję wydarzeń, jako że podobny post powstaje na Tekstualnej.pl. Z tej okazji oddałyśmy się rozpuście i pognałyśmy na makijaż do Beauty Bar. Planowałyśmy w końcu wspólne zdjęcia. To zobowiązuje. Jakie my piękne byłyśmy potem. Cieszyłam się, że wieczorne wyjście mi się szykowało, bo żal mi było tego makijażu na kilka zdjęć. Nie chciałam go zmywać. Dziękuję Gosia!

Początkowo chciałyśmy sesję na bogato, taką ‚pose, pose, pose, strike a pose, smile with your eyes!’, a w rezultacie wyszły zdjęcia jak jemy ciasto i pijemy kawę. Na bogato :) ale z pięknym makijażem.

Wracam do tematu.

To Monika namówiła mnie na bloga rok temu, założyła go i poustawiała te ikonki, nagłówki itd. Chwała jej za to. Nie ciągnęło mnie aż tak do tego blogowania, bo to Monika w naszej parze jest tą od pisania i wymyślania. Ja tylko rysuję :) Nie wchodzimy sobie w paradę. Każda wykształciła swoje unikalne cechy i umiejętności, i tego się trzymajmy. A jednak blog mnie wkręcił i tak trwamy.

Właśnie. Monika jest od pisania, ja od rysowania. W czasach liceum robiłam podwójne zestawy jakiś plansz, plakatów i gazetek szkolnych. Podwójne, bo chodziłyśmy do różnych szkół i takie akcje przechodziły. Inne akcje też przechodziły. Do tej pory jestem zła, że za moje wypracowanie ja dostałam 4+, a Monika u siebie 5! to niesprawiedliwe :) (to akurat wyjątek od reguły, że ja rysuję, ona pisze). Ale całkiem interesujące było siedzenie u niej na lekcjach, kiedy Monika pognała z koleżanką na hamurgera, taka ryzykantka jestem. Tak już mam, lubię ryzyko, adrenalinę. Prawdziwa dziewczyna z miasta ze mnie!

Odebrałam też jej indeks na studia, na szczęście nic nie musiałam podpisywać :)

Apropo ryzyka. Ryzykował to Moniki studencki chłopak Paweł, którego lać chcieli podwórkowi koledzy mojego ówczesnego chłopaka. Dwa razy. No bo co to ja będę z obcym „fagasem” się prowadzać za rękę. W mordę mu trzeba dać! Na szczęście obyło się bez ofiar.

Nawiązując do ofiar. Ja byłam zawsze ta grzeczna w dzieciństwie, a Monika ta roztrzepana. Każda czuła sie ofiarą, niesprawiedliwie traktowaną i gorszą, hahaa. Ja do tej pory czuję sie ‚ofiarnie’, jak sobie przypomnę, że za psoty Moniki obrywałyśmy obie po równo. Co jak co, ale wspólną wersję sie trzymało i na siebie nie donosiło. Swój honor bliźniaczy trzeba mieć i kary wspólnie znosić. Zakaz słodyczy i podwórka był dosyć dotkliwy, szczególnie, że dużo się tam działo.

Podwórko na Dąbrowszczaków. Kamienice, trzepaki, garaże, śmietniki. Żadne tam place zabaw. Bomba. Nie miało to nic wspólnego z dzisiejszymi podwórkami. To była szkoła życia :)

Szkoła życia. Szkoła. Edukacja. Edukacja przedszkolna. Przedszkole. Posiadanie siostry w tym samym wieku miało swoje plusy. Zawsze było się z kim bawić i miał kto zawiązywać sznurówki (Monika była w tym lepsza). Mogłam też z czystym sumieniem, na słowa najpopularnieszej dziewczynki w grupie Klaudii, która chciała moją zabawkę, „Daj mi, bo cie nie będe lubiała”, odpowiedzieć „Bujaj się”, oczywiście w bardziej odpowiedniej formie do tego czasu, bo wiedziałam, że Monika pójdzie ze mną.

Tak samo było i potem. Do tej pory tak jest. Nie zadzieraj z jedną, bo zadrzesz z obiema :) Ukarzemy Cię, w imieniu księżyca!

Muszę Was pozbawić pięknej wizji sióstr, które w spokoju i harmonii czytają razem książki, i w pełnej zgodzie spędzają razem każdą wolną chwilę. Darłyśmy takie koty, że hej. Ona okropna była. Nie mogłam jej znieść i za objaw boskiej miłości przyjęłam przeprowadzkę do domu jednorodzinnego, gdzie miałyśmy oddzielne pokoje. Tak naprawdę dopiero na studiach ociepliły sie nasze stosunki, ale to może dlatego, że najpierw Monika, a potem ja byłyśmy na emigracji. Oddzielnie. Jedna po drugiej. Niemieszkanie razem, pisanie maili i prezenty z zagranicy na pewno nie są konfliktogenne. Są wręcz bardzo przyjemne i oczekiwane, i w takich momentach posiadanie siostry bliźniaczki było na plus. Tak samo było jak ja mieszkałam w Warszawie, Ona we Wrocławiu. Pełnia szczęścia i zgody. Co to były za czasy :)

Teraz też jest nieźle! hahahhaah. Żartuję. Im się jest starszym, tym pewne rzeczy docenia się bardziej i relacje stają się fajniejsze. Tak więc nasz relacja jest teraz super. Codzienne konferencje na FB, smsy i spotkania weekendowe. No i te blogi. To też łączy. Choćby za pomoca tych linków Tekstualna –> E for Event i E for Event –> Tekstualna. Jesteśmy na bieżąco, mamy kontakt z bazą, konsultujemy się i inspirujemy. To fajne i cenne.

Mamy takie same:

- Włosy.
- Stopy.
- Dłonie.
- Upodobania muzyczne.
- Sweter w paski.
- Głosy przez telefon (podobno)

Nie lubimy:

- Kiedy rodzina mówi o nas „Dziewczynki”.
- Kiedy dostajemy te same prezenty, choć tylko jedna z nas chciała akurat tą konkretną rzecz.
- Kiedy upraszcza się, np. „Dziewczyny nie lubią cebuli”, choć tylko ja jej nie jem.
- Kiedy obce osoby na ulicy, nie zadowalające się skinieniem głowy, dążą do rozmowy i po informacji, że „Chyba pomyliłaś/eś mnie z moją siostrą” dalej kontynuują rozmowę. Czy Wy lubicie rozmawiać z obcymi osobami na ulicy?
- Kiedy porównuje się nasz wygląd, np. „Monika to tak bardzo schudła, nic pewnie nie je, a Emilka, Emilka to dobrze wygląda” hahaha. Dzięki.

Lubimy:

- Czekoladę, nutellę i żelki.
- Koty.
- Wpadać w histerię śmiechu jak nam się coś przypomni, czy skojarzy i nikt nie wie o co chodzi, a my tak.
- Te same książki.
- Tańczyć.
- Szmateksy i allegro.
- Wymieniać się ciuchami.

U Moniki post tematyczny już jest też. Inny punkt widzenia i, z tego co wiem, trochę inne fotki :)

Hołk!


Fot. Tatowy


Makijaż wykonała nam Gosia Moszczyńska z Beauty Bar. ( Jej gabinet jest obłędny, biało-turkusowy. Nie chciałyśmy wychodzić. +100 do lansu)

 

1 2