Luty 2014 archive

Sesja z Caribulife

Jak fajnie jest oglądać efekty sierpniowej sesji w lutym.

W letnią sobotę umówiliśmy się z ekipą Caribu na ciążową sesję. To był prawie ostatni dzwonek, żeby uchwycić Agatę z brzuchem, a miałyśmy wielką ochotę na aparatowy weekend :) Sesja miała być plenerowa i sielska. Ogród, las, kalosze, sukienka w kwiaty – czujecie?

Zdjęcia robiłam na spółkę z Michałem Witem. Przygotowałam Agacie stylizacje i dekoracje (pompony do zdjęć we wnętrzu i balony z wstążkami do zdjęć ogrodowych). Chciałyśmy, żeby Agata wyglądała dziewczęco, swobodnie. Mieliśmy się wszyscy dobrze bawić  - taki był cel i tak było. Tęsknię za latem!

Ja z Bartkiem przy okazji załapaliśmy się na naszą własną sesję, która pokazywałam jakiś czas temu TUTAJ.

To tylko kilka zdjęć z sesji Agaty. Więcej możecie zobaczyć TUTAJ, na blogu Caribulife.

 

Warsztaty – żurawie origami

Czy wiecie, że dekoracje, które widzicie na zdjęciach na Pintereście, albo w kolorowych magazynach możecie zrobić sami? To jest do zrobienia, co wiecej – to jest przyjemne i daje masę satysfakcji!

14 marca o 19.00 w piątek poprowadzę warsztaty w olsztyńskim Playschool, w ramach Babskich Piątków. Będziemy składać żurawie origami, w dużej ilości! Pokażę jak za pomocą żyłki podwiesić je w domu i stworzyć piękną, przestrzenną, ruszającą się przy podmuchu wiatru dekorację.

Warsztaty mają na celu nauczenie Was tego, co potem możecie sami zrobić w domu. Wyobraźcie sobie własnoręcznie wykonane papierowe dekoracje imprezy, mieszkania, dziecięcego pokoju! Warto się tego nauczyć, szczególnie w fajnym, babskim gronie :)

Zapraszam panie! Zgłoszenia trzeba wysłać mailem na adres biuro@playschool.org.pl

Do zobaczenia

(ja sama wybieram się na gotowanie z Karoliną i Gosią 28go lutego – nie moge się doczekać!)


fot. Natalia Jaśkowska / Fototerapia

Jeśli macie ochotę pooglądać zdjęcia innych moich dekoracji zapraszam TUTAJ! :)

 

My family tones

Czy jesteście związani z rodziną? Ja jestem bardzo, choć nie wiszę na telefonie codziennie po kilka razy, ale rzucę wszystko, jak jestem potrzebna, albo jak po prostu jest szansa spotkania. Bardzo lubię propozycję „pojedźmy gdzieś”, tak jak w niedzielę zarządziła Tekstualna, bo to oznacza szwendanie się po mieście, kawę, koniecznie połączoną z ciastem i rozmowy o pracy i planach. My po prostu lubimy rozmawiać o pracy i planach :) i o Inie, oczywiście, to nasz ulubiony temat. Swoją drogą Inula pożarła mi pół owocowego koktajlu, z każdą łyżką robiąc „Mmmmmmmm”, znaczy, że smakowało – niedziela cud, miód, malina!

Co jeszcze lubię robić w niedzielę? Nic, tzn. beztrosko nic nie robić, pić kaloryczne i pyszne rzeczy w kawiarni, z widokiem na stare miasto i wielkimi oknami, iść na spacer, nie myśleć o sprawach do załatwienia (tak, z sentymentem wspominam to nie-myślenie dziś, w czwartek :P). Tak, to jest fajne i dobrze, że jutro zaczyna się weekend!

 

 

DIY małe wazoniki

Dzisiejszy tydzień stoi u mnie pod znakiem „zrób to sam”. Tak, jak pisałam ostatnio – robi się cieplej i mi bardziej chce się działać. Magia wiosny. Pozostaję wciąż w temacie tanich, niewielkich rozmiarowo dekoracji – mam dziś dla Was tutorial, na którego stworzenie miało wpływ kilka czynników: to, że bardzo lubię miniaturowe wersje oryginalnych przedmiotów, moje uwielbienie złota i szarości, chłonięcie inspiracji z Pinterestu oraz najważniejsze – nikczemne pozbawienie Żunia (Achondroplazjaka) kilku pustych słoiczków :)

Malutkie szklane wazoniki chodziły za mną od dawna, ale dopiero jak miałam mozliwość dostania kilku słoiczków po dziecięcych posiłkach wiedziałam, że czas spróbować. Do wykonania wazoników potrzebne są słoiki oraz farby akrylowe w dowolnym kolorze. Ja wybrałam złoty i szary – co za niespodzianka! Do tego trochę wolnego czasu i dwie miseczki.

Chciałam zrobić dwukolorowe wazony tak, żeby warstwy koloru ułożone były naprzemiennie – raz złoty, a raz szary na dole. Do miseczki wlałam pierwszą farbę i ostrożnie zanurzyłam dno słoika, kręcąc nim tak, żeby farba pokryła dolną część słoika z każdej strony. Pomalowany słoik postawiłam na papierze ochronnym. To samo zrobiłam z drugą turą słoików i drugim kolorem farby. Jak pomalowałam każdy słoik jednym kolorem, odstawiłam wszystkie do wyschnięcia dnem do dołu, a po około 2 godzinach odwróciłam słoiki dnem do góry, żeby spód też wysechł.

Następnego dnia, po całkowitym wyschnięciu farby zrobiłam to samo, nakładając drugą warstwę farby o innym kolorze. Nowa warstwa farby powinna mniej więcej sięgać do połowy pierwszej warstwy. Tym razem nie chciałam geometrii i prostych linii – całe efekt dają te nieregularne brzegi farby.
Podobnie jak poprzednio słoiki powinny lekko wyschnąć postawione dnem do dołu, a potem odwrócone dnem do góry. Proste, prawda? :)

* Miseczki po farbie najlepiej umyć od razu, po wyschnięciu farby będzie to dużo, dużo trudniejsze :)

 

Ziołowa dekoracja

Chociaż jest luty, ja za każdym razem jak wychodzę rano z domu zaklinam wszechświat, żeby to, co się dzieje naprawdę było już wiosną, a nie przygrywką do kilkumiesięcznej, trwającej do maja mroźnej zimy (tfu tfu). Ja naprawdę już czuję się lepiej – energii więcej, do pracy jeżdżę samochodem (tak, tak, tak!! w końcu się odważyłam, 8 lat po zdaniu prawka!) więc mogę poleniuchować dłużej. Słońca więcej, projekty w pracy świetne, jest dobrze! Ale w związku z wiosną zaczyna mi się chcieć zmian w domu i marzę o wazonach z tulipanami – o kwiatach ogólnie, ale nie ma opcji przy Kaziku. Mam zatem zamiennik. Kwiaty w wazonie na kilka dni, w dodatku połączenie przyjemnego z pożytecznym, czyli można jeść! Nieduży bukiet na stół, który obłędnie pachnie i jest bardzo prosty do zrobienia w domu. Minimalistyczna, zielona dekoracja stołu na wczesną wiosnę.

Ja zrobiłam swój z 6 ziół doniczkowych, kupionych w supermarkecie (mięta, bazylia, pietruszka, szczypiorek, tymianek i rozmaryn). To, czym się kierowałam to jak najwięcej faktur i to, żeby nam po prostu one smakowały. Chciałam mieć bukiet zielony, ale jak najbardziej różnorodny pod względem kształtu i pokroju – żeby nie było nudno. Nożyczkami ucięłam kilka gałązek z każdej kupionej doniczki i ułożyłam je tak, by najdłuższe i największe gałązki znalazły się w środku, a najmniejsze na zewnątrz. Nierównomiernie rozłożyłam szczypiorek, który nadał całości „artystycznego nieładu” :) Zioła związałam sznurkiem i wstadziłam do słoika. Proste?

 

 

Dzień Kota

Mamy walentynkowy weekend, jak miło, prawda? To jest idealny moment na koci temat, w końcu mam w domu moje dwie futrzaste miłości. W ten weekend w olsztyńskim schronisku jest Dzień Kota. Podobno do tej pory 3 koty znalazły dom :)

Mam bardzo sentymentalny stosunek do schroniska, bo stamtąd wzięliśmy Edzia, naszego pierwszego. Ryśka i Kazika pewnie też czekałoby schronisko, gdybyśmy ich nie zabrali z kliniki weterynaryjnej i od weterynarza z Nagórek.

To są nasze dwa szczęścia – jedno duże i grube, a drugie mniejsze i psotne strasznie. Nie wyobrażam sobie domu bez nich teraz. Jeśli myśleliście o kocie, to pędźcie do schroniska – tam są fantastyczne koty, które w większości sa domowe, tęsknią za ludźmi. Chętnie wzięłabym udział w Dniu Kota, ale wiem, że to pewnie skończyłoby się wzięciem 3go kota…a to jednak poważna decyzja jak na warunki blokowe. Nie wyobrażam sobie pojechania do kotów, spędzenia z nimi czasu, a potem odjechania bez żadnego.

Zdjęcia zrobiła Michalina Pryśko – moja utalentowana siostra cioteczna. Jej zdjęcia możecie zobaczyć TUTAJ.

fot. Michalina Pryśko

 

Walentynkowy

Ja wiem, że jestem stara baba, ale walentynki zawsze trochę na mnie działają :) Znam ten nurt konserwatywny, pod tytułem „14 lutego to taki sam dzień w roku jak każdy inny, a miłość powinno się okazywać codziennie”. Znam, ale nie przeszkadza mi to trochę się na ten środek lutego cieszyć. Cieszy mnie czekanie na fajny gest ze strony drugiej połówki, na spokojną, „specjalną” kolację, na romantyczny film wieczorem, szczególnie, że w tym roku to piątek jest tym szczęśliwym dniem (to wszystko stanie się ciałem jak B. wyjdzie poza strefę „14 lutego to taki sam dzień w roku jak każdy inny…”).

Lubię też serca. To tak samo rozpoznawalny na całym świecie symbol, jak krzyż – minimalistyczny, prosty, ale z wielkim znaczeniem, które za nim idzie. Nie mówię, że obwiesiłabym się sercami od stóp do głów, ale detale? Jak najbardziej.

fot. Pinterest.com

Rok temu rozszalałam się z walentynkowymi projektami – szał normalnie :) Zapraszam na małą retrospekcję!

Walentynkowy Projekt Specjalny KLIK

Walentynkowy Projekt – Prezent do Ściągnięcia KLIK

 

Be hungry #8

Pozostaję cały czas w moich ulubionych śródziemnomorskich klimatach. Ostatnio serwowaliśmy pizze, dzisiaj przenosimy się trochę bardziej na zachód, do Hiszpanii. Catalana toasts, katalońskie grzanki z pomidorami to autentyczny przepis, tutaj zmodyfikowany na moją modłę. Przekąska bajecznie prosta do zrobienia i przepyszna, w dodatku robiona w znacznej części ze świeżych pomidorów, więc w sumie można ją zaliczyć do surówki :)

Składniki na 2 osoby:

- dobry, pszenny chleb
- 3 średnie pomidory
- 1 łyżka oliwy
- 1 łyżeczka soku z cytryny
- sól morska i pieprz do smaku
- 1/2 łyżeczki cukru
- kilka ząbków czosnku przekrojonych na pół
- drobno posiekana cebula (opcjonalnie)
- twardy, słony ser /parmezan/ do posypania (opcjonalnie – mało to hiszpańkie, ale lubię)
- posiekana pietruszka (opcjonalnie – świetnie „gra” z czosnkiem)

Pomidory obierz i zetrzyj na drobnej tarce, lub zblenduj na gładką masę. Dodaj do nich oliwę, sok z cytryny, cukier, sól i pieprz. Oryginalnie do pomidorów dodaje się też posiekaną cebulę – nie lubię, więc nie dodaję, ale Ty możesz :) Chleb pokój w dość grube kromki i podpiecz w piekarniku na kratce, bez folii tak, żeby z obu stron kromki były twarde i chrupiące. Gorącą kromkę natrzyj połową ząbka czosnku i pokryj pomidorową masą. Na koniec możesz posypać twardym serem i pietruszką, lub skropić oliwą.

Świetnie do tego pasują opisywane wcześniej oliwki w oliwie czosnkowej.

* nie smaruj kromek oliwą, lub innym tłuszczem przed pieczeniem – jeśli chleb będzie zbyt miękki nie natrzesz go czosnkiem tak, jak trzeba :)

Smacznego!

 

5 typów, których lepiej unikać

Lubicie poznawać nowych ludzi? Ja bardzo, choć nie zawsze czuję się pewnie w sytuacjach, gdy te nowe osoby się pojawiają. Jestem raczej zdystansowana, nie rzucam się w ramiona nowo poznanym osobom, nie zamieniam imion na „kochana”, nie spoufalam się, co nie znaczy, że jestem zimna i stronię od ludzi. Myśle, że całkiem nieźle wychodzi mi intuicyjne odbieranie ludzi i ich intencji. Od razu czuję, że nowo poznana osoba będzie kimś dla mnie bliskim, albo że czuję, jakbym znała ją od zawsze. Bywa, że nie czuję do kogoś mięty od pierwszego wejrzenia, coś mi nie pasuje. Chyba każdy tak ma, prawda?

Im jestem starsza, tym bardziej jestem świadoma swoich potrzeb, w temacie kontaktów z ludźmi, ale też wiem, że nic nie musze. Co to znaczy? Nie zmuszam się do kontaktów z ludźmi, którzy nie do końca mi odpowiadają, nie uważam, że nie wypada. W związku z tym postem zaczęłam myśleć o typach osobowości, których unikam. Nie znaczy to, że nie znoszę, nienawidzę, po prostu unikam. Dla świętego spokoju i mego spokojnego jak tafla jeziora i kwiat lotosu w jednym, umysłu :)

* Uwaga! Proszę, żeby moi bliscy nie szukali w sobie tych typów!!
** To są moje subiektywne opinie.
*** Przykłady są czasem mocno przesadzone, dla lepszego pokazania idei.

1. „Kochaniutka! Jak słodziutko cię widzieć! Papatki!!”

Nie przepadam za zdrobnieniami i za zbytnią poufałością. Onieśmiela mnie to i lekko irytuje (czasem nawet bardzo). Wydaje mi się, że jeśli daleka znajoma tak do mnie mówi nie jest to szczere. Zdrobnienia w nadmiernej ilości mnie dziwią – u dorosłych szczególnie. Według mnie to nie jest urocze, ani zabawne. Ponieważ „kawusie, pieniążki, mięska, kanapeczki, fakturki” tak mnie irytują uważam, że unikanie z nimi kontaktu dobrze wpływa na moją psychikę :) No to przechodzimy do następnego punkciku.

2. Kto zadziera z moją rodziną…

Nie ma opcji takiej, że ktoś zadziera z moimi bliskimi, obraża ich, czy źle traktuje, źle o nich mówi, a ja pozostanę obojętna. Nie. Mam świetną pamięć i nie zapominam. Mogę nie skomentować, nie nawiązywać do tematu, ale po prostu unikam. Uważam, że szacunek do przyjaciół, czy znajomych oznacza między innymi dobre relacje, dobre traktowanie ich najbliższych. Koniec. Kropka.

3. Wakacje pod namiotem vs Wakacje w Paryżu

Znacie takie osoby, które zawsze mają lepiej? Ty opowiadasz, że dostałaś awans, a ona, że awans, do tego własny gabinet i wielką podwyżkę. Ty opowiadasz, że Twoje roczne dziecko właśnie postawiło pierwsze kroki, a jej roczniak już czyta i trenuje taniec nowoczesny. Ty opowiadasz, że nie możesz doczekać się weekendu nad morzem, a ona gasi Cię opowieściami o europejskich stolicach. Wyznaję zasadę „mów tak, żeby innym było miło z toba rozmawiać”, na tym polega fajna, ciepła rozmowa. Licytacja, która ma za zadanie sprawić, że czuję się źle nie jest dla mnie. Niedawno miałam rozmowę po latach z taką właśnie koleżanką, która zawsze ma lepiej. Z radością odkryłam, że jestem na tyle pewna własnej wartości, że cieszę się z jej sukcesów i wspaniałego życia, o którym opowiada, bo w niczym mi to nie ujmuje. Wspaniałe uczucie :)

4. Ja ja ja

Umiem słuchać. Wiem, że ludzie lubią ze mną rozmawiać, bo ja autentycznie jestem ciekawa o czym mówią, a to wymaga słuchania :) Zdarza się, że osoby, z którymi rozmawiam tak się wkręcają w opowiadanie i korzystają z tego mojego słuchania z uwagą, że moja rola to tylko kiwanie głowa i okazjonalne „acha!”, abo „naprawdę?”. Nie muszę chyba pisać, że rozmowa to nie monolog i mi jest przyjemnie, jak rozmówca czasem wykaże zainteresowanie też moją osobą. Bo ja umiem słuchać, ale lubię też mówic i mówię dużo, i szybko. Jeśli rozmówca nie jest zainteresowany mną i moim zdaniem, to nie wtrącam się w monolog, ale też niechętnie powtórzę takie atrakcje. To co? Może porozmawiamy? :)

5. Mam czas na wszystko

Omamo! To jest temat rzeka. Ponieważ bardzo zwracam uwage na moją punktualność i dotrzymywanie słowa, i terminów, to tak samo zwracam uwagę na to samo u innych. Oczywiście czasem mogę wyluzować, w końcu jesteśmy ludźmi, ale w ważnych sprawach się wściekam, bo według mnie nagminne olewanie obietnic, terminów oznacza brak szacunku do mnie. Każdą najmniejszą, nawet rzuconą mimochodem obietnicę, typu „Spooko, zrobi się, zostaw to mnie” traktuję poważnie. Jeśli takie sytuacje u danej osoby zdarzają się zbyt często to nie psuję sobie dłużej nerwów i …luzuję kontakty. Życie jest za krótkie, żeby się tak denerwować.

Wiecie, mam nadzieje, że powyższe opisy to mocno podkoloryzowane typy i moje reakcje. Życie nie jest czarno-białe i ja sama nie jestem malinowa i super. Ale coś w tym jest – każdy ma takie swoje typy, dobrze, że inne :)

 

100% naturalnie

W weekend czułam się, jakby za moment miała być wiosna. Nie powiem, żeby było jakoś specjalnie ciepło, ale „czuło się”. Spędziliśmy sobotnie przedpołudnie przy uchylonym oknie słuchając ptaków, ku uciesze Kazika, który nie opuszczał parapetu. Dużo słońca + wolny dzień + śpiewające ptaki = wiosenny weekend, po prostu, co z tego, że luty.

Nawet dałam się wyciągnąć na bardzo długi spacer po lesie, w ramach aktywnego weekendu, oczywiście z kakao w termosie i było niesamowicie. Idealny czas na leśne chodzenie – bardzo słonecznie, cicho, spokojnie. Mieliśmy czas na długie gadanie, rozmowy o planach, co byśmy chcieli, na co czekamy – czyli to, na co brakuje czasem czasu w tygodniu. Oczywiście wiem, że powielam syndrom górala, dla którego góry są normalne i nie ma czym się zachwycać – mieszkam w Olsztynie i tak rzadko jestem w lesie. Nie może tak być.

Po takim długim chodzeniu w śniegu w kaloszach, domowe lenistwo smakuje wyjątkowo :) Mam nawet kilka leśnych fotek – prawdziwy klimat poczujecie jednak, jak połączycie wizję z fonią! Koty oszalały jak im to włączyłam :) KLIK

 

 

1 2