Marzec 2014 archive

Północny weekend

Kiedy sprawy do załatwienia na siebie nachodzą, zaległości pracowe się tworzą i wiesz, że w weekend nie odpoczniesz, bo będziesz pracować – wyjedź gdzieś. Tak też zrobiłam. Jedno z moich postanowień zeszłego i tego roku było takie, żeby nie pracować w weekend, ograniczyć pracę do minimum, odpoczywać i ładować baterie. Ale to nie takie proste i nie zawsze można sobie przekreślić pracę gruba krechą na całe dwa dni. Chyba, że się wyjedzie…wtedy siłą rzeczy nie można co minutę sprawdzać poczty, czy otwierać nowych plików.

Mieliśmy szczęście – zaplanowany weekend poza domem, piękna pogoda, naprawiony samochód, najedzony kierowca, zaopiekowane koty, w planach spotkanie z Subobiektywną w Sopocie, noc u Tatowego i Inuli (kiedy Tekstualna na 3-dniowej londyńskiej emigracji), szwendanie się po IKEA i po sopockim molo (w odwrotnej kolejności), kawa, ciastka i obowiązkowo ikeowy obiad (nigdy, nigdy nie bierzcie niczego innego poza klopsikami – w tym przypadku eksperymenty nie zakończyły się sukcesem).

To jest magia – jedziesz kilka kilometrów w dowolnym kierunku od domu i zapominasz o terminach, w głowie sobie ustawiasz tryb „pomyślę o tym w poniedziałek” i nikomu w związku z tym włos z głowy nie spada! Proste? :)

 

 

Marcowe spotkanie blogerów w Olsztynie

Ostatni rok dużo u mnie zmienił. Rok temu moja Tekstualna siostra była na pierwszym spotkaniu blogerek w Trójmieście. Zaczęło się słyszeć o podobnych akcjach, w końcu moda zawitała też na Warmię i rozpoczął się sezon na blogerskie spotkania. Wtedy ja się rzuciłam w wir organizowania, zacieśniłam znajomości z innymi blogerkami – nawiązałam przyjaźnie, a nawet rozpoczęłam zawodowe współpace (dzięki Aga!). Same dobre rzeczy wyniknęły dla mnie ze spotkań z blogerkami.  Nic chyba dziwnego, że jak jest okazja chętnie biorę udział, jako uczestnik, w organizowanych spotkaniach, nie tylko w Olsztynie.

W sobotę brałam udział właśnie w takim wydarzeniu. Extremama, Karolibu i Nisza zorganizowały spotkanie „Jestę Blogerę”. Pognałam jak na skrzydłach, bo humor miałam świetny, pogoda była piękna, a w perspektywie spotkanie ze znajomymi dziewczynami, z którymi nigdy za dużo spotkań, z siostrą, szwagrem i Inulką. Śmiałam się, że uczestniczyłam prawie w rodzinnym spotkaniu.

Pierwszy raz odwiedziłam kawiarnię Cafe L’Art de Vivre. Uwielbiam chodzić na kawę, ale nigdy tam nie byłam i teraz wiem, że to był błąd. Zaskoczyło mnie fajne, jasne wnętrze, naprawdę dobra kawa (i gorąca, co nieczęsto można spotkać, jak zauważyła Agata z Caribulife) i PYSZNE czekoladowe ciasto. A najbardziej podziwiałam cierpliwość i opanowanie właścicieli. Stado kobiet (i kilku panów) chcących kawę w tym samym czasie, w różnych konfiguracjach, zestawach i smakach – mnie by doprowadziły do histerii, a oni na spokojnie, cierpliwie realizowali zamówienia. Podziwiam.

Fajnie, że spotkania blogerów zawierają też składnik merytoryczny. Radek Walaugo prowadził wykład/warsztaty na temat podstaw obróbki zdjęć, potem Lidia Piechota (Extremama) pogadała z nami na temat stylu pisania bloga. Ponieważ radze sobie z moimi zdjęciami – wykład Radka był dla mnie powtórką znanych wiadomości, natomiast żałowałam, że tak krótko trwała dyskusja z Lidką, bo bardzo fajnie się słuchało jej i innych, rozmawiających na temat właśnie stylu, poprawności, błędów itd.

Nie ukrywam, że bardzo miłym akcentem były prezenty od sponsorów spotkania. Ja dodatkowo wyszłam ze spotkania szczęśliwa. Wiedziałam, że jeden uczestnik dostanie sesję zdjęciową u Natalii Jaśkowskiej. Bardzo chciałam być tą osoba i od rana sobie wizualizowałam, że to mi się poszczęści. Sesję wylosowała inna blogerka, ALE…oddała mi ją, bo, jak sama powiedziała, ma już tyle zdjęć, że nie potrzebuje. To się nazywa sprzyjanie kosmosu!!!! Szykuję się z Mamą, Moniką i Inulką na sesję rodzinna babską. Widziecie fotki poniżej? Robiła je właśnie Natalia, więc nic dziwnego, że się nie mogę doczekać naszej sesji!!

(nie mogę sie powstrzymać przed opublikowaniem wszystkiech pięknych fotek z Inulą w roli głównej)

Było bardzo miło na spotkaniu, choć czułam się trochę nie na miejscu :), bo miałam wrażenie, że to jednak spotkanie mamowe, biorąc pod uwagę obecność dzieci, ogólny chaos, a także partnerów imprezy. Zastanawiałam się, czy na pewno dobrze trafiłam, bo czułam się jakbym się wkręciła na spotkanie mam blogerek :) Myślę, że spokojnie Organizatorki mogą organizować spotkania profilowe – czyli typowo mamowe/parentingowe, bo na pewno zapotrzebowanie na takie spotkania jest duże. Nie zawsze łączenie blogerów z różnych dziedzin + dzieci + mało miejsca to dobre rozwiązanie. Nie ulega jednak wątpliwości, że Organizatorki bardzo się napracowały. Wiem, bo pamiętam jak sama organizowałam spotkania :) Dziękuję Wam dziewczyny za sobotnie spotkanie.

Partnerzy sobotniego spotkania:

BIBI DREAMS , BIELENDA BODY PERFECT , CAFE L’ART DE VIVRE , CAHLO , ESTYMO FOTOTERAPIA – Natalia Jaśkowska HAPPY MOMENTS , INFANTE INFAVIT KOLOROWANKA , MABIBI , MADAME LA MODE – Mobilne SPA , MAMA MADE , MNISHKHA , NAILS & MORE MILENA WOLIŃSKA-CHMIEL , OLSZTYŃSKI TEATR LALEK , OPLOTKA , OWEE CARGO , PAT & RUB , PRZYDAJESIE.PL , PRZYPINKA.PL , RADOSŁAW WALAUGO , SIOSTRA ANIA , TEATR IM. STEFANA JARACZA W OLSZTYNIE , TIFI , TINCA TINCA TULANKI , TULOKO , UNCOMMON , WEKTOR 77 , ZAKAMARKI , TUULI REUSED WIND HAIR DESIGN STUDIO BY EWA KOWALSKA , DECORTEAM  

 

Francuskie książki & owsiane ciastka

Ciągnie mnie do Europy. Mam ochotę na zmiany, na wyjazdy. Nawet takie mi myśli przychodzą do głowy, że pracę zawsze mogę zabrać ze sobą, wystarczy laptop i internet. Sa na pewno ludzie, którzy tak żyją – ciekawe czy starczyłoby mi odwagi i determinacji, żeby spędzić np. miesiąc w innym kraju, w obcym mieście, poznawać ludzi, pracować sobie bez zmian, tak jak teraz, tylko…gdzie indziej, po kawiarniach, po ławkach w parku. Potrafię sobie to wyobrazić :) To wiosna robi ludziom (i mi) wodę z mózgu!

Jakbym miała wybierać, to na pierwszy rzut poszedłby Paryż, nie bezpieczny językowo Londyn (swoją drogą chętnie bym go odwiedziła znowu). Na razie mogę co najwyżej sobie popodróżować palcem po mapie. Pożyczyłam 2 książki o Francuzkach, Paryżu i stylu. Czytam, wizualizuję, od razu planuję totalną zmianę szafy i stanie się prawdziwą przedstawicielką paryskiego szyku, hahah. Pomaga mi w tym Elle i moje pierwsze, własnoręcznie zrobione owsiane ciastka (duma mnie rozpiera).

 

 

Taka zamiana

Praca, praca, praca :) Uwielbiam na ten temat rozmawiać. Nic na to nie poradzę! Przypomniałam sobie, że jak byłam mała, to chciałam zostać nauczycielką! Albo przedszkolanką. Wychodzi na to, że lubiłam dzieci. Moje ograniczone zasoby cierpliwości mówią mi, że pewnie bym zwariowała w szkole, z drugiej strony może i bym była fajną nauczycielką? Tego nie wiem i się nie dowiem, ale ułamek mych edukacyjnych zdolności mogły doświadczyć uczestniczki warsztatów w olsztyńskim Playschool, gdzie 14 marca pokazywałam jak zrobić papierową, wiszącą dekorację z żurawi origami.

Czy macie czasem takie uczucie, oglądając coś w telewizji, czy czytając w gazecie, w internecie, że chcielibyście zamienić się z kimś na zawody? Ja mam tak często. Chociaż lubię bardzo to, co robię, to czasem czytając o kimś, czy oglądając mam w głowie „wow! chciałabym to robić!”.

1. Robienie czekoladek

Czy to nie jest niesamowita praca? Wyobrażam sobie taką mini fabrykę czekoladek jako kameralny, czekoladowy raj, gdzie niespiesznie robi się masę pysznych rzeczy, ozdabia je ręcznie, sprzedaje stałym klientom. Marzenie, choć pewnie nie można za bardzo podjadać :/

/fot. Pinterest/

2. Ilustrowanie kolorowych magazynów

Twój Styl, Wysokie Obcasy, …zawsze zwracam uwagę na ilustracje artykułów, projekty okładek. To musi być super sprawa widzieć swoją pracę w każdym sklepie i kiosku, wiedzieć, że ogląda to duża część babskiej populacji  i być pewnym, że idzie za tym jakość. Ilustrowanie dobrego, kolorowego magazynu to zdecydowanie to, co mogłabym robić..chociażby od czasu do czasu :)

/źródło/

/źródło/

/źródło/

3. Projektowanie / stylizowanie witryn sklepowych

O! To też by mi się bardzo podobało. Raz na jakiś czas na żywo, czy w internecie można zauważyć prawdziwe witrynowe perełki, przemyslane, świetnie zaprojektowanie, bardzo proste, lub bardzo na bogato, ale zwracające uwage. To praca na pograniczu scenografa, dizajnera – to nie tylko myślenie i projektowanie, ale fizyczna praca. Bycie naocznym świadkiem jak pierwszy pomysł i szkic przeradza się w sklepowe dzieło sztuki musi wynagradzać trudny procesu twórczego.  Tak, zdecydowanie mogłabym spróbować!

/fot. Pinterest/

 

Warsztaty origami w Playschool

Playschool staje się moim drugim domem :) Albo jestem na warsztatach, albo je prowadzę, wymieniam ciuchy na wietrzeniu szafy, albo plotkuję z właścicielką – Martą i planuję nowe akcje. W piątek były żurawie. Składałyśmy całe stada w kobiecym, kameralnym gronie. Byłam zachwycona tym, że na moje warsztaty przyszła wnuczka, mama i babcia! Czy to nie wspaniałe spędzić tak piątkowy wieczór, zamiast siedzieć przed telewizorem?

Paniom poszło świetnie. Pamiętam jak ja uczyłam się składać żurawie, mnóstwo czasu upłynęło, nim byłam zadowolona z efektu, a w piątek każdej poszło błyskawicznie. Mam nadzieję, że spotkamy się nie raz! Dziękuję :)

/ fot. Caribulife /

 

 

Papierowe owoce

Życie i wszechświat mnie rozpraszają ostatnio, tyle się dzieje – praca, nowe plany, projekty, do tego ta pogoda :) Zaczyna się dobry czas pod tytułem „wiosna, się chce..”. Czekałam na to.

Karolina z Co Pysznego? dba, żebym była odpowiednio zainspirowana i wysłała mi kilka kapitalnych rzeczy, musze się nimi podzielić. TEN link to prawdziwa inspiracyjna bomba! Ogrom koloru trochę tłumi jedną, ważną rzecz – że całość jest bardzo prosta, a to lubię bardzo. Lubię też to, że jedynym tworzywem, użytym tutaj, jest papier. Lepiej być nie może :)

 

 

Be hungry #9

Prawda jest, że najbardziej ciągnie mnie do włoskiej kuchni, ale czasem mam ochote na jedzeniowe eksperymenty (czasem, ale jednak). W lipcu byłam z ekipą Caribu w Gdyni w meksykańskiej restauracji i przepadłam, byłam zachwycona. Jak Bartek spytał ostatnio co bym chciała, żeby ugotował (oczywiście z mym udziałem jako pomocy kuchennej) powiedziałam, że chyba czas na coś meksykańskiego.

Poszliśmy na całość – meksykańska potrawa, w całości robiona samemu, bez chodzenia na skróty (motyw chodzenia jest tu bardzo ważny – trzeba przejść wiele, wiele kilometrów, żeby spalić to wszystko): fajitas z kurczakiem, papryką i cebulą, tortille, salsa pomidorowa i guacamole. To jest pyszne jedzenie, integrujące, w sam raz na małą imprezę, spotkanie przy stole (nic tak nie zbliża jak kapiący wszędzie z placków sos).

Składniki (2 głodne osoby):

Fajitas:
- duża pierś z kurczaka pokrojona w paski
- papryka czerwona pokrojona w paski
- papryka zielona pokrojona w paski
- papryczka chilli drobno posiekana (według uznania)
- cebula pokrojona w pióra

Marynata:
- oliwa z oliwek
- 1 łyżka kminu
- sos z 1 limonki
- pieprz, sól
- 1 łyżka słodkiej papryki w proszku

Tortille (10 placków):
- 600g mąki pszennej (+ trochę mąki do wałkowania tortilli)
- 1 łyżeczka soli
- 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 100g smalcu (pół kostki)
- kubek goracej wody

Guacamole:
- dojrzałe awokado
- kolendra
- kilka pomidorków koktajlowych
- papryczka chilli
- sok z 1/2 limonki

Salsa:
- kilkanaście pomidorków koktajlowych
- sok z limonki
- kolendra
- sól, pieprz
- papryczka chilli

W dużej misce wymieszaj słodką papryke w proszku, kmin, sok z połowy limonki i oliwę z oliwek. Do marynaty dodaj pokrojone w paski kurczaka, cebulę i paprykę (czerwoną i zieloną). Porządnie wymieszaj i odstaw do lodówki.

Teraz czas na tortille. W misce wymieszaj suche składniki. Dodaj pokrojony w kostkę, miękki smalec i wymieszaj widelcem, lub ręką. Powoli dodawaj gorącą wodę – mieszając ręką składniki między kolejnymi, małymi porcjami wody. Zagnieć elastyczne ciasto. Podziel je na 10 równych części i uformuj ręką w małe placuszki. Zawiń placki w folię, lub przykryj wilgotną, czysta ścierką i odłóż na około 30 minut.

Jak tortille odpoczywają – zrób salse i guacamole.

Salsa: Kilkanaście pomidorków posiekaj z kolendrą i chilli, dopraw sokiem z limonki, solą i pieprzem (spróbuj i dopraw po swojemu).
Guacamole: Awokado obierz i rozgnieć wildelcem. Pokrój w drobną kostkę kilka pomidorków, papryczkę chilli i kilka liści kolendry – połącz z awokado, dodaj sok z limonki – dopraw do smaku.

Każdy placek tortilli wałkuj na cienki, okrągły placek i usmaż na suchej patelni, z dwóch stron. Odkładaj jeden placek na drugi i przykrywaj czystą, suchą ścierką – początkowo są dosyć twarde i chrupiące, ale zmiekną z czasem (więc spokojnie będzie można je zawijać).

Zamarynowane mięso z warzywami wrzuć na patelnię. Najlepiej byłoby użyć żeliwnej patelni grillowej (tak, jak my! ha), ale zwykła patelnia, czy wok tez zdadzą egzamin. Smaż i mieszaj całość, dopóki mięso nie będzie podsmażone na złoty kolor, a warzywa miękkie. Możesz dodać trochę oleju, czy oliwy w trakcie smażenia, jeśli masz taką potrzebę.

To by było na tyle. Patelnia ląduje na stole, razem z tortillami, guacamole i salsą. Jesli lubisz, nie zapomnij o gęstym jogurcie. Na tortillę nałóż mięso z warzywami, dodaj sosy i jogurt (ja nie lubię, więc nie ma w przepisie :P), zwiń wszystko i jedz. Do tego pasuje zimne piwo (polecam Dos Equis). Smacznego!!!

 

Ciężka praca vs łut szczęścia

Od dziecka słyszę, że tylko ciężką pracą można coś osiągnąć, bez ciężkiej pracy nie ma efektów, tylko ciężka praca daje satysfakcję. Z drugiej strony od niedawna zaczęłam czytać różne pracowe, motywujące artykuły, z których dowiaduję się, że trzeba podchodzić do życia i pracy na luzie, że wystarczy dobrze, pozytywnie się nastawiać, wtedy wszystko ułoży się po naszej myśli, że przecież ludzie sukcesu nie przemęczają się, żyją pełnią życia, a praca się pracuje sama, właśnie dlatego, że mają pozytywne nastawienie i są pewni siebie.

Zdarza się, że dostaję pytania co zrobić, żeby robić to, co się lubi, jak odnieść w tym sukces, czy raczej jak urzeczywistnić romantyczne marzenie o pracy, która jest przyjemnością. Czy to tylko kwestia szczęścia, czy może czegoś więcej?

To prawda – nie zmieniłabym teraz mojej pracy. Jest mi bardzo dobrze z tym, co robię na co dzień, ale wiem, że nie wszyscy mają takie same uczucia. Tylko część moich znajomych pracuje w swoim wymarzonym zawodzie, część szuka swojej drogi, a kolejna grupa woli bezpieczną, ale niekoniecznie pełną wrażeń pracę „u kogoś”.
Jak to się dzieje, że jednym udaje się spełniać zawodowe marzenia, a innym nie. Czy to kwesia dobrego miejsca i czasu? Szczęścia? Czy może wyłącznie ciężkiej, wieloletniej pracy, poświęcenia i konsekwencji? A może jednego i drugiego?

W tym przypadku jestem fanką złotego środka. Takie są właśnie moje doświadczenia i w taki „wypośrodkowany” sposób znajduję się tu, gdzie jestem. Naprawdę uważam, że bez starań, nauki i wysiłku często niemożliwe jest osiągnięcie celu, jakim jest wymarzona praca. Nie rodzimy się z wiedzą specjalistyczną, a studia nie zawsze dają wiedze, która jest potrzebna (znam z autopsji). Praktyka, praca po nocach, próbowanie, konsultowanie, rzucanie się na głęboką wodę – z tym kojarzą mi się moje początki. Bywało bardzo ciężko, ale jaka była satysfakcja z dobrze wykonanej pracy!

Ciężka praca do jedna sprawa, ale mi bardzo pomógł tzw. łut szczęścia, a nawet więcej. Mam wielkie szczęście poznawać ludzi, którzy zmieniają moje życie, dają możliwości, mobilizują do działania, np. kolega Marek z Warszawy, który kilka lat temu wręcz rzucił mnie w wir projektowania kalendarzy, o których nie miałam pojęcia. W ogóle o projektowaniu do druku nie miałam pojęcia, ani o wektorowych programach graficznych. Musiałam się wszystkiego nauczyć. Dałam radę, nauczyłam się, z każdym dniem wiedziałam więcej i to jest początek mojej graficznej przygody. Takich osób poznałam więcej, bardzo doceniam zrządzenia losu, które są dla mnie przeważnie bardzo pozytywne. Jestem też przekonana, że bez otwartości, pozytywnego nastawienia i unikania czarnowidztwa byłoby mi trudniej. Dobre przyciąga dobre. Wierzę w to!

Bez szczęścia i dobrych zbiegów okoliczności nie byłoby mnie w tym miejscu, gdzie jestem teraz. Bez konkretnej, ciężkiej pracy też nie. Więc co jest ważniejsze? Nie wiem. Ja stawiam między pracą, a szczęściem znak równości.

Na koniec polecę frazesem, że nigdy nie jest za późno na zmiany :) Naprawdę tak uważam, jeśli ktoś z Was marzy o zmianie pracy, boi się skoczyć na głęboką wode i nie wie, jak zmienić starą pracę na tę z marzeń –  mogę tylko powiedzieć, że nie ma szybkich sposobów, trzeba przygotować się na pracę i naukę, ale warto!

 

 

Jak robiłam wegeburgery

Emilka: Wiesz Bartek, w piątek idę na warsztaty i będę robić wegeburgery.

Bartek: Ale jak to, z czego?

E: No nie wiem, ale bez mięsa, z bobu, albo z fasoli. Nauczę się i Ci zrobię!

B: Nie, to może nie rób….



Już kilka razy pisałam o warsztatach w Playschool, czyli o Babskich Piątkach. Co piątek od 19.00 same kobity, w kameralnym gronie, robią coś fajnego: gotują, szyją, wyklejają. W Playschool byłam raz, ale to ja prowadziłam warsztaty – pomyślałam, że wezmę pod pachę Agatę z Caribulife, wyrwę ją z domu i razem pojedziemy robić wegeburgery, jako uczestniczki.

Warsztaty prowadziła Gosia (blog MLECZNA KROWA) i Karolina (blog CO PYSZNEGO?), był komplet uczestniczek (nie dziwię się), było wino, gotowanie, pieczenie i dużo rozmów. Najlepszy był finał, kiedy każda, w skupieniu, konstruowała swojego burgera z pełną powagą (ja z pełną powagą wygrzebywałam cebulę z sosu barbecue). A najważniejsze jest to, że naprawdę było pyszne! Zrobię dla siebie w domu, skoro B. gardzi fasolą! :)

Było super – można się wkręcić i spędzać tam każdy piątkowy wieczór. Jeśli jakaś Olsztynianka ma ochotę na warsztaty to wszelkie informacje na profilu Playschool TUTAJ.

/fot. Caribulife/