Luty 2015 archive

Imię

SONY DSC

Jaka to odpowiedzialność! (ale i przyjemność)

Dostałam od Was masę pytań w komentarzach i prywatnych wiadomościach na temat wyboru imienia. Akurat nałożyły się one na czas mojego niezdecydowania, bo nagle wpadłam na kilka genialnych, imiennych pomysłów, które chciałam przemyśleć, ale nie spotkały się one z entuzjazmem Bartka. Jeszcze raz sprawdziła się więc zasada, że pierwsza myśl najlepsza – no to wracamy do początku, dziś zdradzam wszystko :)

Nie oszukujmy się – wybór imienia to naprawdę temat kontrowersyjny, porównywany do tego „karmienie piersią vs z butelki”. Dla jednych Dżesika będzie najpiękniejszym imieniem na świecie, dla innych Brajan to totalna żenada i krzywda. Nie dogodzisz. Ja też nie i nie miałam takich ambicji. Z jednej strony wiadomo – dobrze, żeby pasowało, było oryginalne i niebanalne, z drugiej żeby tylko krzywdy dziecku nie zrobić. Nam też te zasady przyświecały, jak każdemu (wierzę, że osoby, które nazywają w Polsce dzieci np. nazwami jednego ze stanów w USA też święcie wierzą, że jest to dar płynący z serca, nie piętno).

Wybraliśmy tak naprawdę imiona już na samym początku (męskie i żeńskie) – o dziwo bardzo zgodnie, bez żadnych dyskusji (choć Bartek twierdzi, że uzgadnialiśmy, po czym ja zdecydowałam, haha). Od początku miało być krótko, bo krótkie imiona nam się podobają, zresztą Bartka nazwisko jest długie (i, umówmy się, dosyć trudne – moja Mama pewnie do tej pory nie jest w 100% pewna jak je zapisać), więc 3, lub 4 litery wydawały się najlepszą opcją. Mało osób wie, że Ina (imię mojej siostrzenicy) to było „moje” imię – ja chciałam dać je swojemu dziecku, ale Tekstualna mi to nieświadomie uniemożliwiła (tak apropo bliźniaków i ich jakiś przejść neuronów i tak dalej) – faktem jest, że Monika o tym moim wyborze nie miała pojęcia, a ja za to miałam kolejne imię do wymyślenia.

SONY DSC

Na drugim miejscu od dawna była Mila i to imię to jest właśnie to (nie wiem, czy to skutek mojego uwielbienia dla Mili Kunis) :) Zastanawiałam się, czy to imię mi w ogóle zarejestrują w urzędzie, ale jak odkryłam blog Milowe Wzgórze i wirtualnie poznałam Anię i jej córkę Milę, przekonałam się, że chyba nie będzie tak źle, skoro im się udało, to czemu ma się nie udać w Olsztynie, na dalekiej północy. Na szczęście Bartkowi też się spodobało, nie musiałam używać wszystkich zasobów perswazji, obyło się bez komentarzy „córka Mila, syn Kilometr”. Decyzja zapadła i bardzo mi z tym dobrze.

Teraz tylko pytanie, czy jak już Ją poznamy, to czy nie uznamy, że jednak pasuje do niej inne imię. A planu B nie mamy :)

P.S. Mój blog ostatnio mocno ewoluował w stronę pre-parentingowego, hahaha, po prostu lifestyle w najczystszej postaci – brakuje mi bardzo postów DIY, gotowania, klejenia itd. ale…czasu brak, energii brak, za to pomysłów sporo, mam nadzieję, że tendencja zmieni nieco kurs :)

SONY DSC

 

Na czas

e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 1

Właśnie do mnie dociera, że tak naprawdę nie znam dnia, ani godziny. Jutro, za tydzień, czy dwa rozpocznie się najważniejsza przygoda (dla niektórych film przygodowy, dla innych horror). Nawiązując do Oskarów i kinematografii – czuje się niczym Indiana Jones – niby coś wiem, niby mam linę, latarkę i kompas, ale czy wyjdę z tego cało? Najbardziej doskwiera mi ta czasowa nieznajomość – ja wiem, że powinnam się przyzwyczajać, bo z dzieckiem nie można NIC zaplanować, ale jak sobie to wytłumaczyć, jak jest się osobą żyjąca z kalendarzem i lubiącą mieć wszystko zaplanowane? Przez to przyzwyczajenie do planowania uznaliśmy, że nasza Córka też będzie na czas i nie nastawiamy się na wcześniejszą wizytę – nawet nie mam spakowanej „torby do szpitala”, gdyby nie moi Rodzice nie miałabym też rożka, ani mini czapki, bo przecież nie pomyślałam wcześniej, że coś takiego będzie potrzebne (koty nie używają pieluch, ani rożków, chociaż z tego drugiego zrobiłyby pożytek). To tak naprawdę przeczy mojemu uporządkowaniu, bo powinnam dawno mieć wszystko pod ręką, ale ciągle w głowie miga mi neon MASZ JESZCZE CZAS.

Dwoję się i troję, żeby ze wszystkim zdążyć, żeby nie robić sobie zaległości, żeby w nowy etap wejść bez zobowiązań zawodowych i z czystym kontem (oby nie tym bankowym) – czy się uda? Pocieszam się, że przecież w szpitalu też można mieć laptop, a dzieci tyle śpią – chyba zwariowałam do reszty. Mamy z każdym stażem, czytając to, będą kręciły głową z politowaniem – no idiotka :)

Ale jednocześnie staram się, między pracą, a pracą cieszyć się z ostatnich chwil w cywilu. Wczoraj byliśmy na przyjacielskiej kolacji, z pysznym (Marta – poproszę o przepis na tartę!!) jedzeniem, rano wcale nie spieszyłam się ze wstawaniem i zainwestowałam czas w razowe placki z jabłkami na śniadanie. Podobno zaraz zmieni się moje życie i na takie ekscesy jak leniwe poranki i placki nie będzie czasu. Więc doceniam.

/fot. Asia Wołejszo/
/wnętrze. Apartament Old Town w Olsztynie/

e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 2
e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 3
e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 4

 

Jak robić zdjęcia przy słabym świetle?

SONY DSC

Zima to nie jest dobry czas dla blogerów. Tak naprawdę tylko przy naturalnym świetle dobrze i swobodnie robi mi się zdjęcia, a w lutym (jeszcze jak śniegu nie ma), jest ciemno i fotografowanie to misja beznadziejna. Jak piszę ten tekst jest godzina 12.30 – powinno być przynajmniej fajnie, w końcu środek dnia, a jednak jest ciemno (jak nie powiem gdzie). Mieszkam na parterze – mam utrudnione zadanie, bo okoliczne drzewa i bloki przysłaniają mi światło, jest szaro-buro. Ale w tym roku postanowiłam się nie dać i opracować własną strategię na zdjęcia. W końcu zdjęć robię sporo – nie tylko na ten blog, ale też na Love2Work – średnio fotografuję 3 razy w tygodniu i mam na myśli zdjęcia w mieszkaniu. Szczerze podziwiam blogerki, które nauczyły się fachowo korzystać z możliwości aparatu (np. Kameralna i jej fotograficzne posty) – ja nie będę pisać o parametrach aparatu, bo, wstyd się przyznać, robię zdjęcia w trybie auto, bez flesha. Kompletnie nie wykorzystuję możliwości aparatu – żadne przesłony, żadne ISO, natomiast z czasem nabyłam umiejętności budowania otoczenia własnie pod kątem robienia zdjęć.

1. Wykorzystuję dzienne światło ile się da. Do południa w dużym pokoju, po południu w kuchni. Odsłaniam okna, przemieszczam się z obiektem fotografowanym jak najbliżej nich. Wiem, że mam ułatwione zadanie, bo…jestem w domu w ciągu dnia i mogę po prostu zająć się zdjęciami. Nie mam pojęcia jakbym sobie radziła pracując gdzieś poza domem. Chyba całe weekendy poświęcałabym na skumulowane sesje foto. Jeśli to mi Bartek robi zdjęcia – ustawiam się przodem do okna. Staram się pamiętać o tym, żeby fotografować stojąc tyłem do światła tak, żeby to, czemu robię zdjęcia, było bardzo dobrze doświetlone (przy okazji nie robić cienia).

2. Zainwestowałam w „jasny” obiektyw, który naprawdę robi różnicę. W tym momencie używam obiektywu stałoogniskowego Konica Minolta, model AF 50 mm f/1.7. Jakie są jego plusy? Na pewno cena, ale też pięknie rozmyte tło, dobre kolory. Nie jest to obiektyw dla profesjonalistów, ale absolutnie za takiego się nie uważam, więc jest w sam raz dla mnie :) Świetnie sprawdza się właśnie teraz, w zimie, gdy naturalne światło jest kiepskie – jestem zadowolona z efektu, bez dodatkowych źródeł światła.

3. Ustawiam jasne / białe tło, wybieram jak najwięcej białych elementów. Przydają się białe arkusze papieru (spód świątecznych papierów prezentowych, już poza sezonem, robi dobrą robotę), jasne koce, krzesło, komoda, ścierki, kawałki materiału, czy chociażby jasna podłoga. Im więcej białego, tym lepiej. Jasne przedmioty odbijają światło i to naprawdę działa. Potrafię obstawić „miejsce zbrodni” z każdej strony krzesłami i zawiesić na nich białe prześcieradło, tworząc coś w rodzaju namiotu bez sufitu, dzięki czemu udaje mi się uzyskać tyle światła, ile się da w tak kiepskich warunkach, jak zimowy, ponury, polski dzień. Tak naprawdę trzeba pamiętać, że nikt nie widzi jak nasza pomocnicza scenografia wygląda – ważne, żeby była skuteczna. Jeśli masz dużo jasnych ubrań, porozwieszaj na krzesłach wokół fotografowanego przedmiotu – kto to zobaczy? Wszystko, byle działało. Dla dobrego zdjęciowego efektu jestem w stanie mocno kombinować :)

SONY DSC

4. W razie potrzeby posiłkuję się dodatkowym sprzętem. Blenda przydaje się dosyć często, gdy chcę doświetlić fotografowany przedmiot. Jeśli widzę, że bez dodatkowego źródła światła się nie obejdzie, przy możliwościach sprzętowych, jaki mam – wyciągam softbox. Dzięki temu, że jest na statywie, mogę ustawić tak, jak tego potrzebuję i korzystać z miękkiego światła, np. przy robieniu zdjęć popołudniami, czy nawet wieczorami. Co, jeśli bym nie miała blendy, czy lampy? Zamiast blendy sprawdzi się większy arkusz białego papieru, lub większy format płyty styropianu. Zamiast softboxu użyłabym stojącej lampy, natomiast zasłoniłabym ją kawałkiem białego materiału, żeby złagodzić i zmiękczyć strumień światła.

5. Na koniec obrabiam zdjęcia w Photoshopie. Zawsze. Nie twierdzę, że zawsze jest to niezbędne, ale mam komfort, że mogę poprawić kadr, czy efekt końcowy już przy monitorze. Nie zajmuje mi to dużo czasu. To są zazwyczaj 3-4 ruchy, czyli majstruję przy poziomach, krzywych, potem kontrast. I tyle :) Chyba, że mam ochotę na jakieś mocno klimatyczne zdjęcia, wtedy zabawa trwa dłużej. Jeśli Photoshop to dla Was czarna magia polecam narzędzia online. Kiedyś testowałam edytor FOTOR i wydaje mi się, że z powodzeniem wystarczy do podstawowej obróbki zdjęć. Czasem nie trzeba dużo :)

 

 

Czy istnieje formuła udanego związku?

Na każdym kroku otaczają mnie związkowe tematy. Nic dziwnego, w końcu środek lutego. To idealny czas żeby zadać tytułowe pytanie, bo w końcu odpowiedzi możemy szukać i w kinie (wyborny i ambitny repertuar na walentynkowy weekend), i w radio (własnie tytułowe pytanie zadali w radio, co mnie tak natchnęło do pisania) i w kawiarni (spróbujcie przyjść za wcześnie na spotkanie i mimochodem podsłuchać rozmów kobiet obok, im młodsze te kobiety, tym lepiej). A tak na poważnie to jak gra w totka – każdy by chciał wygrać, ma sposoby na grę, ale dałby wszystko, żeby poznać ten skuteczny.

e for event blog lifestylowy przepis na udany związek

Śmiać mi się chce jak sobie przypomnę złote związkowe rady z czasów studiów, a nawet liceum. Naczytane Dziewczyny, Bravo girl, w najlepszym wypadku Filipinki (czy ktoś to jeszcze pamięta?), wygłaszałyśmy z koleżankami rewolucyjne tyrady na temat tego, co trzeba, kiedy trzeba, co oznacza to, a co tamto, jak interpretować i co robić, żeby było idealnie, niczym w fotostory. Czy zatem teraz, po kilkunastu latach (w tym roku pęknie magiczna 30-stka), mam większą wiedzę? Pewnie! Mam zdecydowanie większą wiedzę, nie tylko na podstawie własnego doświadczenia, ale też dzięki temu, że niezły ze mnie obserwator. I wiem jedno – nie istnieje formuła uniwersalna na wieczną szczęśliwość i udane związkowe życie. Bo i ludzie są inni – każdy potrzebuje czegoś innego. Bardziej banalnie już być nie może? A oczywiście, że może. Bo może formuły nie ma, ale podstawowy przepis jest, niczym przepis na kruche ciasto – baza jest wiadoma – mąka, jajka, masło i tak dalej – a co z nią zrobisz potem i jakie dodatki dodasz, czy Ci wyjdzie – od Ciebie zależy.

Ta baza to oczywiście: uczucie, szacunek, szczerość, banał – każdy to potrafi wymienić (druga sprawa, że nie każdy rozumie definicje i stosuje – tu polecam słownik), natomiast specjalna rzecz, która mi przychodzi teraz do głowy to spełnianie marzeń. Nie mam na myśli noworocznych postanowień, ani nawet spełniania swoich, ale właśnie tej drugiej osoby. To dla mnie taki magiczny składnik do tego ciasta, wisienka na tym kruchym :). Jeśli znasz marzenia partnera, plany, dążenia i chcesz je zrealizować, pomóc w ich spełnieniu, to jest bardzo dużo. Kurczę, to więcej niż bardzo dużo. Jak sobie teraz przypomnę jak się rozczarowywałam w przeszłości nie dostając tej pomocy przy realizowaniu planów, czy marzeń i jakie jest ciągle moje pozytywne zaskoczenie i zachwyt jak jest odwrotnie, to nie mam pytań. To oznacza wszystko – bliskość na tyle, żeby te marzenia nawzajem znać, to oznacza zaufanie, ale tez hojność, ograniczenie egozimu i własnego chcenia. A to trudne! To trudne nawet jeśli dotyczy małych, codziennych spraw. Dlatego dziękuje B. za te wszystkie zdjęcia na bloga robione w weekendy, bez słowa narzekania, bez focha i łaski, kiedy można robić tyle innych, ciekawszych rzeczy, jak drzemać, czy oglądać mecz :P

O tym myślę dzisiaj, o spełnianiu marzeń. Jak dobrze mieć kogoś, kto je spełnia i dla kogo chce się starać, i samemu spełniać czyjeś. Takie z pozoru proste, a jednak wymagające. I to jest moja odpowiedź na pytanie Pana z Chilli Zet. Czy istnieje (uniwersalna) formuła udanego związku? Nie, ale według mnie istnieje tajemniczy, niezbędny składnik :) Happy Valentines Day!

/tak, zdjęcie historyczne, robione 1,5 roku temu, ale bardzo pasuje :)  - autor: Caribu/

 

Co robić w weekend?

Jest sobotnie przedpołudnie i planuję sobie pracę – nie ma litości, hahah. Faktem jest, że dopóki nad głową wiszą mi terminy o weekendowym relaksie nie może być mowy, najpierw obowiązki, potem przyjemności. A Wy? Pewnie 100% wolności – szczerze Wam tego życzę. Dziś, przynajmniej w Olsztynie, pogoda nie mówi „wychodzimy, jest pięknie!”, więc jeśli planujecie posiedzieć w domu mam dla Was kilka pomysłów jak zrobić coś fajnego, do domu, lub dla siebie. Zapraszam na przypomnienie paru postów DIY :)

BATONIKI MUSLI

img_85081-1050x700

Uwielbiam! Jak je zrobicie możecie wyjść na spacer, żeby z czystym sumieniem je na nim zjeść :) A jak jeden zostanie zabierzcie w poniedziałek do pracy.

TABLICA KORKOWA NA LODÓWKĘ

SONY DSC

Świetny sposób na wykorzystanie porozrzucanych po całej kuchni korków od wina. Trzeba się jednak zaopatrzyć w matę magnetyczną i klej na ciepło / kropelkę / mocną taśmę dwustronną. Mój kot uwielbia je zrzucać z lodówki, więc…dodatkowy plus :)

SERCE ZE SZNURKA

SONY DSC

Skoro coraz mocniej siedzimy w walentynkowym klimacie…:)

MINI WAZONY

SONY DSC

Uwielbiam przedmioty codziennego użytku w uroczej wersji mini. Tutaj ze słoiczków po dziecięcych posiłkach powstały małe wazony. Recykling w domowym wydaniu :)

MINI PATERA Z POKRYWKĄ

SONY DSC

…czy wspominałam, że lubię miniatury domowych naczyń?

CZEKOLADOWE SERDUSZKA NA PATYKU

SONY DSC

Bardzo prosty i bardzo walentynkowy projekt do zrobienia w domu w ciągu pół godziny :)

SERCE ORIGAMI Z DOBRĄ WIADOMOŚCIĄ

SONY DSC

Serc ciąg dalszy, tym razem z papieru i pozytywnym przekazem (i bez kalorii).

Życzę wspaniałego weekendu, wracam do pracy. Jeśli będziecie mieć ochotę wypróbować którąś z powyższych propozycji – wysyłajcie mi zdjęcia, bardzo chętnie je zobaczę!! :)

 

Odpocząć na zapas

e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 5

Bardzo często słyszę komentarze na temat tego, że powinnam odpoczywać na zapas, wysypiać się, korzystać z wolności, należeć się, naczytać, nadrzemać, naleniuchować, bo potem to będzie tylko gorzej, sodoma, gomora i wieczne niewyspanie :). Nie bardzo to możliwe, bo własnie przed pojawieniem się dziecka chcę zrobić jak najwięcej, skończyć prowadzone projekty, żeby nie mieć zaległości, za to wolną głowę i móc skoncentrować się tylko na naszej nowej sytuacji. Gdzie w tym miejsce na takie beztroskie leniuchowanie?
Swoją drogą, to takie myślenie, podszyte strachem przed utratą wolności, snu i wszystkiego, nie pomaga – nie nastawiam się źle, co, jak co, ale o życiowej zmianie myślę tylko pozytywnie i jestem bardzo podekscytowana, ale jest we mnie trochę strachu, że będę miała szybko dosyć, że poczuję zniecierpliwienie i że zniechęcenie przyjdzie szybciej, niż bym chciała. Trudne to kurczę.

Staram się. Czytam. Ucinam drzemki. Spaceruję (choć teraz coraz krócej, bo to juz nie spacerowanie, a toczenie się). Wymyślam. Nie wiem, czy nagromadzone powoli lenistwo zaprocentuje cierpliwością i energią potem, ale warto wierzyć, prawda? :)

Czas leci błyskawicznie. Nadrabiam nie tylko odpoczynek, ale też spotkania z przyjaciółmi – kto to wie, jak będzie potem? Może i tygodniami się z nimi nie spotkam? Łączę też przyjemne z pożytecznym – przy okazji kawy z koleżanką łapię zdjęciowo „ostatnie promienie” ciąży, czyli organizuję sobie wspomnienia. Dobrze będzie za jakiś czas zajrzeć do tych zdjęciowych postów i pomyśleć sobie jak ja mało wiedziałam co nastąpi, jak bardzo się nie spodziewałam ogromu zmiany, zmęczenia i szczęścia :) (i jak dużo miałam wolnego czasu – ja, szczęściara)

/fot. Asia Wołejszo/
/wnętrze. Apartament Old Town w Olsztynie/

e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 2e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 3e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 4e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 6e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 7

 

Blog roku 2014

blog roku 2014 lifestyle

Witajcie!

Blog to z założenia prywata, ale dziś to już wyjątkowo. W tym roku E for Event omija szerokim łukiem konkurs BLOG ROKU, a to po to, żeby zrobić miejsce na mój drugi blog Love2Work. Razem z moją tekstualną siostrą Moniką chcemy dać sobie szansę. Zdajemy sobie sprawę jakie możliwości dla blogerów idą w parze z wygraną w konkursie i marzymy, żeby te możliwości odczuć na własnej skórze. Tak to wygląda po prostu!

Tak, to teraz jest ta część, kiedy proszę o smsy :) Im więcej tym lepiej – niestety tylko jeden z jednego telefonu, ale wierzę, że dla chcącego nic trudnego! Co więcej, koszt wysłania smsa, czyli 1,23 zł idzie na konto Fundacji Dzieci Niczyje. Brzmi dobrze, prawda?

Obie potrzebujemy wsparcia i motywacji, bardzo się ucieszymy z głosów z Waszych komórek :)

SMS O TREŚCI K11177 NA NUMER 7122

Dziekujemy! Emilka&Monika

l2w-love2work-blog-motywacja-freelance-wybor-cieki-kariery-1-1050x695

 

 

DIY prezent na Walentynki

SONY DSC

Nie wiem dlaczego, ale największe emocje walentynkowe odczuwałam chyba w podstawówce. Napięcie, czy kolega z ławki da ukradkiem jakąś kartkę, czekoladowe serce, czy nie. Mało to miało wspólnego z romansem, więcej z popularnością i lubieniem :). Z tego miejsca pozdrawiam Grześka, od którego kartkę w kształcie serca mam do dziś (pisaną przez jego starszą siostrę, bo na nasze zdolności pisania nie mieliśmy co liczyć w klasach 1-3).

Teraz 14 lutego to po prostu miły dzień, którego nie chcę kojarzyć z komercją i Stanami, ale z dobrą okazją żeby zjeść razem coś dobrego, obejrzeć komedię, dostać w prezencie drobiazg, wybrany specjalnie dla nas. Pewnie, można to samo robić w każdy inny dzień roku, ale środek lutego ma w sobie jakąś serduszkową magię :)

Czekoladowe serca na patyczkach widziałam masę razy, chociażby na Pintereście. Zawsze bardzo mi się podobały. W końcu żadna filozofia – foremki, czekolada, patyczki. Raz, dwa, trzy i gotowe, a efekt świetny. Postanowiłam w końcu przetestować – czy się uda, czy u mnie też będzie to wyglądać tak samo fajnie. Wiecie co? To jest tak prosty projekt, że polecam go wszystkim, z dziećmi włącznie (poza oczywiście roztapianiem czekolady). I wygląda świetnie. Jeśli szukacie pomysłu na drobny, walentynkowy prezent, to to jest zdecydowanie to! Wystarczy zapakować w celofan, przewiązać wstążką, czy sznurkiem. Ja widzę to jako wymowne zaproszenie do wspólnego oglądania filmu z gorącą czekoladą w ręku. Całkiem przyjemna wizja.

Bartek w tym roku tych serduszek nie dostanie, w końcu widział ja na własne oczy, więc co to by była za niespodzianka, ale gdyby nie widział, to na pewno by się ucieszył. Przynajmniej tak powiedział, trzymam go za słowo.

SONY DSC

Co jest potrzebne?
- czekolada (ulubiona obdarowywanego – ja polecam białą, mleczną i gorzką, ze względu na kontrast kolorystyczny)
- drewniane patyczki, lub łyżeczki
- silikonowa foremka do lodu w kształcie serca

Czekoladę roztapiamy i wypełniamy foremki. Trzeba odczekać, aż czekolada lekko ostygnie i zgęstnieje, żeby włożyć do środka patyczki. Dla szybszego efektu polecam wstawienie całości do lodówki. Wyjęcie serc z silikonowej foremki jest bezproblemowe. Najlepszy jest finał – czekoladowe serce roztopione w gorącym mleku, lub kawie. Bajka.

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC