Maj 2015 archive

Wegański Restaurant Day

SONY DSC

Posiłek bez mięsa to nie posiłek? Nie tylko bez mięsa, ale i bez jajek, mleka i …wszystkiego? Może nie do końca są to moje słowa, ale faktem jest, że dieta wegańska kojarzyła mi się z mega gastronudą, mdłą zieleniną i samymi wyrzeczeniami. A ja nie lubię się czegoś w kuchni wyrzekać, bo mi się to kojarzy z Chodakowską i dietą kopenhaską (nie łączyć) – a jedzenie ma być przyjemnością. Jak ja się głupia myliłam, biję się w pierś i zaprzyjaźniam z kaszą jaglaną.

W sobotę ponad tydzień temu, w ramach rodzicielskiej randki, byliśmy na Restaurant Day w olsztyńskim Playschool. Na wegańskim Restaurant Day dodam. Gotowała dla nas Ewape (KLIK), a my w kameralnym gronie jedliśmy, robiliśmy zdjęcia (te blogery), rozmawialiśmy i było po prostu wspaniale. Zasiedziałam się w domu i pragnęłam takiego wyjścia jak kolejnej książki Miłoszewskiego. Przeglądam zdjęcia jedzenia z mocnym postanowieniem poprawy, a przynajmniej warzywno-owocowego czerwca. Jakbym mogła jeść tak codziennie, to bez żalu zapomniałabym o schabowym i jajkach :)

SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC

 

Trawa bardziej zielona

SHA_4554asq_size1920

B. powiedział mi, że tylko przeze mnie / dzięki mnie wciąż mieszkamy w Polsce. Czyli co. Wystarczy tylko jedno moje słowo, a pakujemy walizki? Takie to proste? Czy mnie do tego w ogóle ciągnie?

Chyba nie – mam tu wszystko, co mi do szczęścia potrzeba. Już mnie nie nosi. Ale miło jest pofantazjować o idealnym życiu za granicą, bo w marzeniach wszystko się świetnie układa, prawda? Mogłabym mieszkać w Londynie, lubię Londyn –  oczywiście w 1, lub 2 strefie, a co! Urocza kamienica, kolorowe drzwi, kameralnie, a za rogiem tętniące życiem miasto. Ideał. Pracowałabym nad samymi interesującymi projektami, we własnym dizajnerskim biurze (a jak!), za odpowiednie pieniądze oczywiście i w takim wymiarze godzin, żebym miała mnóstwo czasu na bycie z rodziną. Do tego ten mój wspaniały brytyjski akcent – od razu załapałam i nie można poznać, że ja nie stąd. W marzeniach godzinami spacerujemy po mieście, świeci słońce, ale nie jest za gorąco. A co jak będzie padać? Od czego są huntery! Że niby w Anglii wieje? Bzdura – moje włosy wyglądają świetnie, jak z reklamy.

B. ma też pracę marzeń, do której nawet nie musi dojeżdżać, w końcu mieszkamy w centrum. Nie ma, że pół dnia w metrze – wszystko jak w zegarku. Piknikujemy w pięknych parkach na zmianę, w końcu jest ich aż tyle, po co się ograniczać do jednego. Chociaż mieszkamy w samym centrum, to mamy jednak kawałek ogrodu, do którego wypuszczamy Kazika i Ryśka – no bo nie moglibyśmy ich zostawić w tej szarej Polsce. Co weekend oddajemy się kulturalnym rozrywkom, bo jesteśmy tacy kulturalni. Mamy czas, mamy energię i mamy kasę. Nawet nie musimy w weekend odsypiać tygodnia. Wszyscy są tacy szczęśliwi :) Ale słodko, aż mdli, niczym po obejrzeniu bloku świątecznych reklam. Mięśnie nas bolą od ciągłego uśmiechania się, a Kazik już nie może wytrzymać tej grzeczności, do której go zmuszam w marzeniach.

Byłam w Anglii na trochę dłużej 2 razy. Wciąż pamiętam jak uciekałam gdzie pieprz rośnie, właściwie nie pieprz, a krakowska sucha, ptasie mleczko i Magda M..Nie było źle, ale nie było tak, jakbym chciała, a bycie nowym i zaczynanie od początku jest cholernie trudne, szczególnie, jak się jest takim niecierpliwym, jak ja i chciałoby się od razu wylądować w punkcie docelowym. Z drugiej strony jak uda mi się spędzić chociaż kilka dni w jakimś większym, zagranicznym mieście, to często padam zauroczona i zaczynam twierdzić, ze trawa tam na pewno jest bardziej zielona, a nutella smaczniejsza. Na przykład już w tym momencie bym się przeniosła do Zurychu :) Wystarczył weekend. Co z tego, ze nie znam niemieckiego. Nie patrzę na trudności i wady – wystarczy mi pierwsze wrażenie i pierwszy spacer.

Nie, nigdzie się nie ruszam. Sznurki są za mocno związane, za dużo mnie trzyma, choć czasem taka myśl wpadnie, szczególnie po wyborach. Jeszcze jakiś czas temu polityką się modnie nie interesowałam, niech robio co chco. Ale teraz, jak jestem świadomym konsumentem naszego kraju zaczynam myśleć „halo! co Wy do cholery..”. Czy w końcu będzie nas więcej wracać, niż wyjeżdżać? Czy może sznurki puszczą i sama pofrunę sprawdzać na własnych stopach tę bardziej zieloną trawę? Don’t know. Ich weiß nicht.

SHA_4551bw_size1920

 

fot. / JJ /shafotos

 

Apple crumble czyli jabłka pod kruszonką

SONY DSC

Mam brzydki, wstydliwy zwyczaj – kupuję jabłka, których potem nie jem. Zgroza.

W sklepie mam zawsze wielką ochotę na twarde, zielone jabłko, więc biorę dla pewności dwa, albo trzy. A w domu? Jak ręka odjął – przechodzi. Czekam chyba aż nabiorą mocy urzędowej (czemu tak nie mam z czekoladą?). A ponieważ nagła chęć napada mnie w sklepie na dziale z owocami, nie w domu, nie pamiętam o kolekcji starych jabłek, która się uzbierała i czeka, tylko znowu kupuję nowe. Mam pomysł co z nimi zrobić, przecież nie wyrzucę :)

Każdy słyszał o owocowym crumble. Połączenie owoców z kruszonką musi być dobre. Śmiało mogę powiedzieć że owoce mi w jedzeniu tego crumble nie przeszkadzają, bo zdecydowanie najważniejsza w tym jest własnie kruszonka, im więcej tym lepiej. Tym razem dodałam też mrożone wiśnie.

Składniki na średniej wielkości formę do tarty / zapiekanki – solidna porcja dla 3 osób, lub średnia porcja dla 6

- 6 sporych jabłek
- 1/2 paczki mrożonych wiśni
- duży kubek mąki (około 180 g)
- 4 łyżki brązowego cukru
- 1/2 kostki masła
- 1 łyżeczka cynamonu

Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Jabłka obieramy, kroimy w kostkę, mieszamy z cynamonem i 2 łyżkami cukru. Układamy na dnie formy, na wierzch rozkładamy zamrożone wiśnie. Mąkę przesiewamy, dodajemy 1 łyżkę cukru i masło. Rozrabiamy rękami, wgniatając masło w mąkę z cukrem aż do powstania kruszonki, która wygląda jak mokry piasek. Kruszonkę rozsypujemy na wierzchu owoców i na koniec posypujemy resztą cukru. Formę wstawiamy do piekarnika i pieczemy 40-45 minut, aż kruszona się nie zrumieni. Dajemy crumble trochę ostygnąć i jemy, póki ciepłe! Można je podać z bitą śmietaną, czy lodami – to dopiero obłędne połączenie.

* my lubimy czuć, że jemy owoce, nie dżem, więc do formy wrzuciłam surowe jabłka – jeśli wolisz bardziej miękkie – najpierw podgotuj je w garnku przez kilka minut z cukrem i cynamonem

SONY DSC
SONY DSC

 

Osiedlowy rejs

SONY DSC

Codziennie o tej samej porze wyruszam w rejs. Ja jestem łódką, żaglem, wiosłem i kapitanem – Mila jest luksusowym pasażerem wypoczywającym w pozycji horyzontalnej. To niesamowite jak w tym samym czasie robi się tłoczno na moim osiedlowym wodnym szlaku. Mijam dziesiątki podobnych jednostek, pływających samotnie, lub w grupach. Niektóre trzymają łączność z bazą za pomocą najnowocześniejszego sprzętu elektronicznego (dzięki ci bogini macierzyństwa za komórki z internetem i smsy), a niektóre wolą analogowe rozwiązania (można chodzić z wózkiem i jednocześnie czytać magazyn? można). Czasem nawiązujemy ze sobą łączność porozumiewawczym uśmiechem (Twoje się drze? Moje też! Piona!). Niektóre jednostki wyglądają całkiem zwyczajnie, inne mega stylowo, aż nie sposób się nie obejrzeć. Taki codzienny rejs to nieoceniony sposób na trochę spokoju, bezkarne rozmyślanie, cenne kiedy się na nic nie ma czasu. Nie wspomnę o zbawiennych skutkach żeglowania na pociążowe linie i fale :) Przywykłam do tego wychodzenia w każde wczesne popołudnie. Nic nie istnieje, tylko ja, asfalt, szum miasta, turkot kół (czyt. łopot żagli), czasem szelest papierków po śliwkach w czekoladzie. Pasażer leży, ja idę. Gdybyśmy żyli w Stanach – te pojedyncze jednostki już dawno zamieniłyby się w wielką, rozgadaną, wiecznie uśmiechniętą flotę. Ale to Polska, kraj chłodny i zdystansowany, więc tylko zerkamy na siebie i udajemy, że wcale się nie rozpoznajemy, chociaż mijamy się codziennie o tej samej porze już dziesiąty raz. Nic to. Ja wcale nie nalegam, bo lubię żeglować w niemal samotności, z uśpionym pasażerem luksusowym, wtedy przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły, nie ma rzeczy niemożliwych, a energia wraca, nawet jak żegluję pod górkę.

SONY DSC

fot. / JJ /shafotos

 

Nowe życie poroża DIY

SONY DSC

Jakby mnie ktoś z zaskoczenia zapytał jaki styl we wnętrzach wyznaję, bez wahania odpowiedziałabym, że skandynawski of kors, w końcu IKEA to mój drugi dom. Lubię jednak dodać coś od siebie, przełamać te proste formy, minimalizm i drewno czymś moim, co mi przypadkiem przyjdzie do głowy. Stąd moje umiłowanie do DIY. Przeglądając miliony razy pinterest odkryłam, że bardzo podobają mi się we wnętrzach nawiązania do motywów etnicznych, trochę dziko, trochę indiańsko. Czyli wszystko na raz. Niezły cyrk. I na tym polu właśnie narodził się mój pomysł na zagospodarowanie ułamka kolekcji poroża, która wegetuje latami w piwnicy Bartka rodziców.

SONY DSC

Nie chciałam wykorzystywać stanu surowego, czyli poroża w naturalnych barwach, na brązowej deseczce w kształcie herbu, bo nie kojarzy się to wcale indiańsko, za to mocno retro (witamy PRL), a boazerii do kompletu nie mamy. Poroże – pomalowane na biało – nabrało po prostu stylu. Planuję wypróbować pomalowanie samych czubków rogów na złoto, czy też pobawić się z fluo kolorem, ale na ten moment cieszę się bielą. Mam dla rogów 2 zastosowania w moim domu. Pierwsze – wieszak na klucze (bardzo, bardzo się nam przydaje). Drugi – wieszak na biżuterię. Kurczę – taki mały koziołek, a tyle zastosowań.

Jeśli i Wy macie pochowane podobne relikty przeszłości i chcecie, tak jak ja, nadać im nowe życie, wystarczy pomalować poroże kilka razy akrylową farbą w sprayu. Niezbędnych będzie kilka warstw. Jeśli koziołki są przymocowane do deseczki – najlepiej oddzielić te dwie części, pomalować oddzielnie rogi, oddzielnie drewno i, jeśli taki ma być efekt, przed przymocowaniem do ściany – skleić je. Ja tak zrobiłam.

SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC