Instagram te amo

Już dawno ogarnęła nas kultura obrazka, wręcz kult :) Łatwiej nam oglądać, niż czytać, choć czytać wciąż uwielbiam. Co lepsze – nie tylko lubimy oglądać, lubimy podglądać i choć może brzmi to nieco wstydliwie, to niby skąd taka popularność blogów, pudli i Instagrama? Długo nie miałam konta na Instagramie, bo…nie miałam smartphona :) Ale poszłam z duchem czasu i pojawiła się też i taka zdjęciowa możliwość. Insta uwielbiam. Nie spędzam na nim godzin dziennie, nawet jednej godziny nie spędzam, to taki krótki romans, mogę powiedzieć, ale bardzo inspirujący. Uwielbiam oglądać kadry z życia innych ludzi, niektóre mega wystylizowane i piękne, inne prawdziwe i nieco chaotyczne, kolorowe i czarno-białe. Jestem na bieżąco z tym, co słychać u znajomych, towarzyszę im w podróżach, patrzę jak rosną dzieci. Fajne to.

Niedawno Agata Bloguje bardzo mnie wyróżniła i dołączyła mój instagramowy profil do swoich ulubionych. Zainspirowało mnie to do przyjrzenia się moim ulubionym. Zapraszam!

instagram shafotos

SHAFOTOS – profil Kuby, fotografa (amatora, jak się opisuje, choć ja mam inne zdanie), który robi mi najlepsze zdjęcia. Ubolewam, że tak rzadko jest w Polsce :) Świetne zdjęcia portretowe, a ja dodatkowo zawsze rzucam się na miejskie reportażowe.

hug the stuff instagram

HUG THE STUFF – marka wnętrzarska, sprzedająca wyjątkowe pościele. Ja śledzę ich profil za cudne zdjęcia nóg i komputera właścicielki :) Fajny, pościelowy lifestyle i konsekwentne budowanie marki, co doceniam (jak to się dzieje, że na każdym zdjęciu są INNE porwane spodnie, haha, ile ona ich ma?)

VAI VAI INSTAGRAM

VAI VAI – lifestylowy internetowy magazyn rodem z Litwy. Nic na to nie poradzę – uwielbiam takie pastelowe ujęcia :)

ASIA PIETRZYK INSTAGRAM

ASIA PIETRZYK – ilustratorka i projektantka mieszkająca w Sztokholmie. Jej grafiki są obłędne, miałam mega problem, żeby wybrać szybko 4 ujęcia do tego posta, które mi się najbardziej podobają, bo podobają mi się wszystkie.

Instagram wciąga, prawda? W czym tkwi jego magia? Właśnie w przeglądaniu tych pięknych, wybranych ujęć, które nie mają końca. Oglądam, przeglądam, inspiruję się, motywuję, podziwiam albo po prostu relaksuję.

 
 

Deser kawowy z lodami

SONY DSC

Na nowo odkrywam przyjemność jedzenia słodyczy bez poczucia winy. W końcu przez ostatnich kilka miesięcy musiałam się mocno ograniczać (cukrzyca ciążowa). Za tydzień Wielkanoc, chwila wolnego, okazja do kulinarnego świętowania i beztroskiego pochłaniania wszystkiego jak leci :P Nie jestem ekspertem w typowo świątecznych deserach. Sernik, mazurek, babka – nie będę ryzykować, wolę postawić na coś bezpieczniejszego (czyt. zawsze wyjdzie).

Polubiłam smak kawy bez cukru. Odkryłam, że niesłodzona mrożona kawa jest najlepsza, a najprostsze połączenia działają świetnie. Kawa + lody = deser idealny. Połączyłam ostudzone, niesłodzone espresso z kawowymi lodami (uwielbiam lody o smaku cafe latte firmy Grycan). Dla przełamania smaku dodałam wiśnie (mrożone – nierozmrożone). Mam więc 3 smaki – gorzki, słodki i kwaśny. Wysiłek przygotowania deseru minimalny (chyba, że ktoś umie zrobić domowe kawowe lody – ja poszłam na łatwiznę i po prostu poszłam do sklepu), efekt smakowy znakomity. A żeby było wielkanocnie ozdobiłam całość czekoladowymi jajkami :)

W tym roku Ina będzie biegała po ogrodzie moich Rodziców i szukała czekoladowych jajek – tak jest, że święta bardzo skupiają się na dzieciach, które bardzo wszystko przeżywają. Ja będę przeżywać kawowy deser dla dorosłych. Ktoś ma ochotę?

SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC

 
 

Nowe

SONY DSC

Jesteśmy już w domu z nowym członkiem rodziny, który wpasował się w nas idealnie, jak brakujący klocek lego, od pierwszej minuty. Docieramy się z Milą, ustalamy sobie nasz rytm. Mamy bardzo łaskawe dziecko, oby tak miłościwie nam panowała dalej :)

Energia mi wraca, to nie tylko Ona, ale też słońce, wiosna, nowe plany i zdecydowanie lepsze samopoczucie. Czuję, że najlepsze dopiero przede mną. Słyszałam, że to w ciąży kobiety czują, że mogą przenosić góry – ja czuję to dopiero teraz, więc chyba będzie się działo.

SONY DSC
SONY DSC

 
 

Kobieco na dzień kobiet

DSC_1719

Nie mogłam dostać zdjęć z sesji w lepszym dniu, niż dzisiaj :) Wspaniały prezent na dzień kobiet. +100 do boskości. Dzięki Agacie z Doradcy Stylu mogłam poczuć prawdziwą atmosferę sesji zdjęciowej. Czułam się świetnie i chyba to widać na zdjęciach. Mam niesamowita pamiątkę z brzuchowych czasów – na kolejna sesję się już nie załapię, bo czasy brzucha zaraz się skończą.

Do tej pory przeważnie moje zdjęcia to był 100% lifestyle – niekoniecznie w domu, ale tak na luzie, bez przygotowań. Miałam okazję spróbować czegoś nowego – sesji z produkcją, stylizacją, profesjonalistami – w dodatku w nieco innej dla mnie stylistyce. Co mogę dodać? Jeśli jesteś w ciąży – zdecyduj się na sesję. Nie dość, że to idealna pamiątka, to jeszcze cała otoczka sprawi, że poczujesz się bosko i kobieco (i nie spędzisz kolejnego dnia w dresie). O!

DSC_1570
DSC_1625
DSC_1681
DSC_1798
DSC_1930
DSC_1985
DSC_2060

 

A na koniec na wspólne zdjęcie załapał się Bartek – w końcu na co dzień jest moim ulubionym fotografem, więc wszystko się zgadza :)

DSC_1864

 

Produkcja: Caribu
Foto: Ratuszyński Fotografia
Stylizacja: Doradca STYLU
Make Up: Beauty Bar
Manicure/Pedicure: Gaja Bio Kosmetyka
Ubrania: Happymum
Wnętrze: Playschool

 
 

Co mi sprawia przyjemność?

SONY DSC

Od samego rana walczę z czarnowidztwem i niezbyt dobrymi myślami, po nieprzyjemnym mailu od byłej klientki. Dodam, że według mnie totalnie niesprawiedliwym i nie w porę. Wiem, że trzeba zająć myśli lepszymi rzeczami, nie przejmować się tym, na co nie mamy wpływu i właśnie dlatego piszę o przyjemnościach.

Jeszcze nawiązując do pracy. Wiecie jakiego zdania nie lubię bardzo? „Powinnaś więcej odpoczywać”. Ale serio? To tak, jakbym nie lubiła relaksu, uciekała od książek i podczas jedzenia śniadania marzyła, żeby kanapki były mniejsze, żebym mogła jak najszybciej biec do komputera. Lubię odpoczynek, lubię przyjemności, lubię lenistwo. Akurat nigdy nie udaje mi się mieć na to mnóstwo czasu, ale za to może delektuję się tym, co udaje się wydzielić z każdego dnia? Takie mamy czasy – praca często pochłania tyle czasu, że…

No nic. W sumie zamierzałam pisać o przyjemnościach, co oczywiście wiąże się z odpoczynkiem, nie o pracy i długich godzinach. Wracając do przyjemności…

1. Twój Styl – raz na miesiąc zabieram Mamie magazyn i znikam na jakieś 2 godziny. Nie ma mnie. Uwielbiam tę gazetę, nie ma lepszej!  Jest wręcz jak święto – robię herbatę, siadam wygodnie i świętuję (Elle też zdaje relaksacyjny egzamin)

2. Uwielbiam sposób budzenia mojego kota – Ryśka. Paca mnie łapką po twarzy, albo grzebie we włosach :) Jest przy tym taki kochany i mruczący, że nigdy się na niego nie gniewam (wolę to niż Kazika, który wsadza łeb do foliowej torby – to jego sposób budzenia ludzi i zdecydowanie nie działa na mnie tak pozytywnie).

3. Lubię jak Bartek nie wychodzi do pracy, albo pracuje w domu, albo wraca wcześnie, w okolicach południa i możemy razem wypić kawę. W dzień, przy stole, pogadać. To też takie małe święto :) Porządnie zaparzona kawa w kawiarce, ciepłe mleko i coś słodkiego (ach te grzechy). Poproszę!

4. Przepadam za rozpoczynaniem czytania nowej książki – niekoniecznie nowej faktycznie, tylko nowej dla mnie. Mam w rękach kolejnego „Miłoszewskiego”, czyli Ziarno Prawdy (najpierw książka, potem ewentualnie film – jedyna prawidłowa kolejność), ale oszczędzam ją na czas w szpitalu, żeby umilała mi czekanie na Milę (jeśli można mówić o umilaniu biorąc pod uwagę tematykę książki, może lepiej..uciekawiła mi ten czas).

5. Nie ma nic lepszego, dla higieny psychicznej, jak kawa z koleżanką / koleżankami. Najlepiej na mieście, choć niekoniecznie. Kiedyś raczej przyjaźniłam się z facetami, z czasem zaczęłam doceniać babskie przyjaźnie i to się na razie nie zmieni. Trafiam na takie osoby, które zawsze mnie zmobilizują, zainspirują, a co najważniejsze, zrozumieją :) I wtedy czas tak szybko leci….

6. Masaże, zabiegi pielęgnacyjne, ale głównie masaże. Niekoniecznie dla uśmierzenia bólu (choć moje plecy ostatnio..:P) ale dla czystej przyjemności. Plecy, stopy, głowa – biorę wszystko. To ten sam kaliber co mycie głowy u fryzjera.

7. Początek wiosny. Nie jestem oryginalna – tak, jak lubię początki jesieni, tak przepadam za początkami wiosny. Nowa energia, więcej światła – to czysta przyjemność, a co najlepsze – już za chwilę będzie na wyciągnięcie ręki.

8. Ubraniowe wymianki. Wpadam do Gdańska do Tekstualnej, przeglądam szafę, rzucam kilka razy „Nosisz to?”, po czym wracam do Olsztyna z dodatkową torbą „nowych” ciuchów. Bosko :) I za darmo! Oczywiście ta zasada działa w obie strony. Przyjemne? Bardzo. A jak nie jadę do Gdańska to zawsze mogę wpaść na Wietrzenie Szafy do Playschool – kolejne już 15 marca (ech, ominie mnie).

9. Podekscytowanie, jak wpada mi do głowy nowy, oczywiście genialny, pomysł. Kiedy nie mogę się doczekać realizacji, efektu końcowego. Tak, to lubię bardzo. Nie jest to przyjemność, jaką mogę sobie zafundować na zawołanie, ale nie mogłam tego pominąć.

10. Gofry. Nawet te z lidla, odgrzewane w piekarniku. Smak lata, koniecznie z cukrem pudrem (mam taki trzcinowy – wypas).

Od razu mi lepiej. Samo pisanie o przyjemnościach działa. A już super najlepsze jest łączenie przyjemności w jeden „moment” (jak to doświadcza się w Atelier Amaro – to nie dania, to momenty), więc wyobraźcie sobie nową książkę i do tego gofry, i początek wiosny za oknem. Nie mam pytań :)

SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC

 

 

 
 

Imię

SONY DSC

Jaka to odpowiedzialność! (ale i przyjemność)

Dostałam od Was masę pytań w komentarzach i prywatnych wiadomościach na temat wyboru imienia. Akurat nałożyły się one na czas mojego niezdecydowania, bo nagle wpadłam na kilka genialnych, imiennych pomysłów, które chciałam przemyśleć, ale nie spotkały się one z entuzjazmem Bartka. Jeszcze raz sprawdziła się więc zasada, że pierwsza myśl najlepsza – no to wracamy do początku, dziś zdradzam wszystko :)

Nie oszukujmy się – wybór imienia to naprawdę temat kontrowersyjny, porównywany do tego „karmienie piersią vs z butelki”. Dla jednych Dżesika będzie najpiękniejszym imieniem na świecie, dla innych Brajan to totalna żenada i krzywda. Nie dogodzisz. Ja też nie i nie miałam takich ambicji. Z jednej strony wiadomo – dobrze, żeby pasowało, było oryginalne i niebanalne, z drugiej żeby tylko krzywdy dziecku nie zrobić. Nam też te zasady przyświecały, jak każdemu (wierzę, że osoby, które nazywają w Polsce dzieci np. nazwami jednego ze stanów w USA też święcie wierzą, że jest to dar płynący z serca, nie piętno).

Wybraliśmy tak naprawdę imiona już na samym początku (męskie i żeńskie) – o dziwo bardzo zgodnie, bez żadnych dyskusji (choć Bartek twierdzi, że uzgadnialiśmy, po czym ja zdecydowałam, haha). Od początku miało być krótko, bo krótkie imiona nam się podobają, zresztą Bartka nazwisko jest długie (i, umówmy się, dosyć trudne – moja Mama pewnie do tej pory nie jest w 100% pewna jak je zapisać), więc 3, lub 4 litery wydawały się najlepszą opcją. Mało osób wie, że Ina (imię mojej siostrzenicy) to było „moje” imię – ja chciałam dać je swojemu dziecku, ale Tekstualna mi to nieświadomie uniemożliwiła (tak apropo bliźniaków i ich jakiś przejść neuronów i tak dalej) – faktem jest, że Monika o tym moim wyborze nie miała pojęcia, a ja za to miałam kolejne imię do wymyślenia.

SONY DSC

Na drugim miejscu od dawna była Mila i to imię to jest właśnie to (nie wiem, czy to skutek mojego uwielbienia dla Mili Kunis) :) Zastanawiałam się, czy to imię mi w ogóle zarejestrują w urzędzie, ale jak odkryłam blog Milowe Wzgórze i wirtualnie poznałam Anię i jej córkę Milę, przekonałam się, że chyba nie będzie tak źle, skoro im się udało, to czemu ma się nie udać w Olsztynie, na dalekiej północy. Na szczęście Bartkowi też się spodobało, nie musiałam używać wszystkich zasobów perswazji, obyło się bez komentarzy „córka Mila, syn Kilometr”. Decyzja zapadła i bardzo mi z tym dobrze.

Teraz tylko pytanie, czy jak już Ją poznamy, to czy nie uznamy, że jednak pasuje do niej inne imię. A planu B nie mamy :)

P.S. Mój blog ostatnio mocno ewoluował w stronę pre-parentingowego, hahaha, po prostu lifestyle w najczystszej postaci – brakuje mi bardzo postów DIY, gotowania, klejenia itd. ale…czasu brak, energii brak, za to pomysłów sporo, mam nadzieję, że tendencja zmieni nieco kurs :)

SONY DSC

 
 

Na czas

e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 1

Właśnie do mnie dociera, że tak naprawdę nie znam dnia, ani godziny. Jutro, za tydzień, czy dwa rozpocznie się najważniejsza przygoda (dla niektórych film przygodowy, dla innych horror). Nawiązując do Oskarów i kinematografii – czuje się niczym Indiana Jones – niby coś wiem, niby mam linę, latarkę i kompas, ale czy wyjdę z tego cało? Najbardziej doskwiera mi ta czasowa nieznajomość – ja wiem, że powinnam się przyzwyczajać, bo z dzieckiem nie można NIC zaplanować, ale jak sobie to wytłumaczyć, jak jest się osobą żyjąca z kalendarzem i lubiącą mieć wszystko zaplanowane? Przez to przyzwyczajenie do planowania uznaliśmy, że nasza Córka też będzie na czas i nie nastawiamy się na wcześniejszą wizytę – nawet nie mam spakowanej „torby do szpitala”, gdyby nie moi Rodzice nie miałabym też rożka, ani mini czapki, bo przecież nie pomyślałam wcześniej, że coś takiego będzie potrzebne (koty nie używają pieluch, ani rożków, chociaż z tego drugiego zrobiłyby pożytek). To tak naprawdę przeczy mojemu uporządkowaniu, bo powinnam dawno mieć wszystko pod ręką, ale ciągle w głowie miga mi neon MASZ JESZCZE CZAS.

Dwoję się i troję, żeby ze wszystkim zdążyć, żeby nie robić sobie zaległości, żeby w nowy etap wejść bez zobowiązań zawodowych i z czystym kontem (oby nie tym bankowym) – czy się uda? Pocieszam się, że przecież w szpitalu też można mieć laptop, a dzieci tyle śpią – chyba zwariowałam do reszty. Mamy z każdym stażem, czytając to, będą kręciły głową z politowaniem – no idiotka :)

Ale jednocześnie staram się, między pracą, a pracą cieszyć się z ostatnich chwil w cywilu. Wczoraj byliśmy na przyjacielskiej kolacji, z pysznym (Marta – poproszę o przepis na tartę!!) jedzeniem, rano wcale nie spieszyłam się ze wstawaniem i zainwestowałam czas w razowe placki z jabłkami na śniadanie. Podobno zaraz zmieni się moje życie i na takie ekscesy jak leniwe poranki i placki nie będzie czasu. Więc doceniam.

/fot. Asia Wołejszo/
/wnętrze. Apartament Old Town w Olsztynie/

e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 2
e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 3
e for event blog lifestylowy sesja ciążowa 4

 
 

Jak robić zdjęcia przy słabym świetle?

SONY DSC

Zima to nie jest dobry czas dla blogerów. Tak naprawdę tylko przy naturalnym świetle dobrze i swobodnie robi mi się zdjęcia, a w lutym (jeszcze jak śniegu nie ma), jest ciemno i fotografowanie to misja beznadziejna. Jak piszę ten tekst jest godzina 12.30 – powinno być przynajmniej fajnie, w końcu środek dnia, a jednak jest ciemno (jak nie powiem gdzie). Mieszkam na parterze – mam utrudnione zadanie, bo okoliczne drzewa i bloki przysłaniają mi światło, jest szaro-buro. Ale w tym roku postanowiłam się nie dać i opracować własną strategię na zdjęcia. W końcu zdjęć robię sporo – nie tylko na ten blog, ale też na Love2Work – średnio fotografuję 3 razy w tygodniu i mam na myśli zdjęcia w mieszkaniu. Szczerze podziwiam blogerki, które nauczyły się fachowo korzystać z możliwości aparatu (np. Kameralna i jej fotograficzne posty) – ja nie będę pisać o parametrach aparatu, bo, wstyd się przyznać, robię zdjęcia w trybie auto, bez flesha. Kompletnie nie wykorzystuję możliwości aparatu – żadne przesłony, żadne ISO, natomiast z czasem nabyłam umiejętności budowania otoczenia własnie pod kątem robienia zdjęć.

1. Wykorzystuję dzienne światło ile się da. Do południa w dużym pokoju, po południu w kuchni. Odsłaniam okna, przemieszczam się z obiektem fotografowanym jak najbliżej nich. Wiem, że mam ułatwione zadanie, bo…jestem w domu w ciągu dnia i mogę po prostu zająć się zdjęciami. Nie mam pojęcia jakbym sobie radziła pracując gdzieś poza domem. Chyba całe weekendy poświęcałabym na skumulowane sesje foto. Jeśli to mi Bartek robi zdjęcia – ustawiam się przodem do okna. Staram się pamiętać o tym, żeby fotografować stojąc tyłem do światła tak, żeby to, czemu robię zdjęcia, było bardzo dobrze doświetlone (przy okazji nie robić cienia).

2. Zainwestowałam w „jasny” obiektyw, który naprawdę robi różnicę. W tym momencie używam obiektywu stałoogniskowego Konica Minolta, model AF 50 mm f/1.7. Jakie są jego plusy? Na pewno cena, ale też pięknie rozmyte tło, dobre kolory. Nie jest to obiektyw dla profesjonalistów, ale absolutnie za takiego się nie uważam, więc jest w sam raz dla mnie :) Świetnie sprawdza się właśnie teraz, w zimie, gdy naturalne światło jest kiepskie – jestem zadowolona z efektu, bez dodatkowych źródeł światła.

3. Ustawiam jasne / białe tło, wybieram jak najwięcej białych elementów. Przydają się białe arkusze papieru (spód świątecznych papierów prezentowych, już poza sezonem, robi dobrą robotę), jasne koce, krzesło, komoda, ścierki, kawałki materiału, czy chociażby jasna podłoga. Im więcej białego, tym lepiej. Jasne przedmioty odbijają światło i to naprawdę działa. Potrafię obstawić „miejsce zbrodni” z każdej strony krzesłami i zawiesić na nich białe prześcieradło, tworząc coś w rodzaju namiotu bez sufitu, dzięki czemu udaje mi się uzyskać tyle światła, ile się da w tak kiepskich warunkach, jak zimowy, ponury, polski dzień. Tak naprawdę trzeba pamiętać, że nikt nie widzi jak nasza pomocnicza scenografia wygląda – ważne, żeby była skuteczna. Jeśli masz dużo jasnych ubrań, porozwieszaj na krzesłach wokół fotografowanego przedmiotu – kto to zobaczy? Wszystko, byle działało. Dla dobrego zdjęciowego efektu jestem w stanie mocno kombinować :)

SONY DSC

4. W razie potrzeby posiłkuję się dodatkowym sprzętem. Blenda przydaje się dosyć często, gdy chcę doświetlić fotografowany przedmiot. Jeśli widzę, że bez dodatkowego źródła światła się nie obejdzie, przy możliwościach sprzętowych, jaki mam – wyciągam softbox. Dzięki temu, że jest na statywie, mogę ustawić tak, jak tego potrzebuję i korzystać z miękkiego światła, np. przy robieniu zdjęć popołudniami, czy nawet wieczorami. Co, jeśli bym nie miała blendy, czy lampy? Zamiast blendy sprawdzi się większy arkusz białego papieru, lub większy format płyty styropianu. Zamiast softboxu użyłabym stojącej lampy, natomiast zasłoniłabym ją kawałkiem białego materiału, żeby złagodzić i zmiękczyć strumień światła.

5. Na koniec obrabiam zdjęcia w Photoshopie. Zawsze. Nie twierdzę, że zawsze jest to niezbędne, ale mam komfort, że mogę poprawić kadr, czy efekt końcowy już przy monitorze. Nie zajmuje mi to dużo czasu. To są zazwyczaj 3-4 ruchy, czyli majstruję przy poziomach, krzywych, potem kontrast. I tyle :) Chyba, że mam ochotę na jakieś mocno klimatyczne zdjęcia, wtedy zabawa trwa dłużej. Jeśli Photoshop to dla Was czarna magia polecam narzędzia online. Kiedyś testowałam edytor FOTOR i wydaje mi się, że z powodzeniem wystarczy do podstawowej obróbki zdjęć. Czasem nie trzeba dużo :)

 

 
 

Czy istnieje formuła udanego związku?

Na każdym kroku otaczają mnie związkowe tematy. Nic dziwnego, w końcu środek lutego. To idealny czas żeby zadać tytułowe pytanie, bo w końcu odpowiedzi możemy szukać i w kinie (wyborny i ambitny repertuar na walentynkowy weekend), i w radio (własnie tytułowe pytanie zadali w radio, co mnie tak natchnęło do pisania) i w kawiarni (spróbujcie przyjść za wcześnie na spotkanie i mimochodem podsłuchać rozmów kobiet obok, im młodsze te kobiety, tym lepiej). A tak na poważnie to jak gra w totka – każdy by chciał wygrać, ma sposoby na grę, ale dałby wszystko, żeby poznać ten skuteczny.

e for event blog lifestylowy przepis na udany związek

Śmiać mi się chce jak sobie przypomnę złote związkowe rady z czasów studiów, a nawet liceum. Naczytane Dziewczyny, Bravo girl, w najlepszym wypadku Filipinki (czy ktoś to jeszcze pamięta?), wygłaszałyśmy z koleżankami rewolucyjne tyrady na temat tego, co trzeba, kiedy trzeba, co oznacza to, a co tamto, jak interpretować i co robić, żeby było idealnie, niczym w fotostory. Czy zatem teraz, po kilkunastu latach (w tym roku pęknie magiczna 30-stka), mam większą wiedzę? Pewnie! Mam zdecydowanie większą wiedzę, nie tylko na podstawie własnego doświadczenia, ale też dzięki temu, że niezły ze mnie obserwator. I wiem jedno – nie istnieje formuła uniwersalna na wieczną szczęśliwość i udane związkowe życie. Bo i ludzie są inni – każdy potrzebuje czegoś innego. Bardziej banalnie już być nie może? A oczywiście, że może. Bo może formuły nie ma, ale podstawowy przepis jest, niczym przepis na kruche ciasto – baza jest wiadoma – mąka, jajka, masło i tak dalej – a co z nią zrobisz potem i jakie dodatki dodasz, czy Ci wyjdzie – od Ciebie zależy.

Ta baza to oczywiście: uczucie, szacunek, szczerość, banał – każdy to potrafi wymienić (druga sprawa, że nie każdy rozumie definicje i stosuje – tu polecam słownik), natomiast specjalna rzecz, która mi przychodzi teraz do głowy to spełnianie marzeń. Nie mam na myśli noworocznych postanowień, ani nawet spełniania swoich, ale właśnie tej drugiej osoby. To dla mnie taki magiczny składnik do tego ciasta, wisienka na tym kruchym :). Jeśli znasz marzenia partnera, plany, dążenia i chcesz je zrealizować, pomóc w ich spełnieniu, to jest bardzo dużo. Kurczę, to więcej niż bardzo dużo. Jak sobie teraz przypomnę jak się rozczarowywałam w przeszłości nie dostając tej pomocy przy realizowaniu planów, czy marzeń i jakie jest ciągle moje pozytywne zaskoczenie i zachwyt jak jest odwrotnie, to nie mam pytań. To oznacza wszystko – bliskość na tyle, żeby te marzenia nawzajem znać, to oznacza zaufanie, ale tez hojność, ograniczenie egozimu i własnego chcenia. A to trudne! To trudne nawet jeśli dotyczy małych, codziennych spraw. Dlatego dziękuje B. za te wszystkie zdjęcia na bloga robione w weekendy, bez słowa narzekania, bez focha i łaski, kiedy można robić tyle innych, ciekawszych rzeczy, jak drzemać, czy oglądać mecz :P

O tym myślę dzisiaj, o spełnianiu marzeń. Jak dobrze mieć kogoś, kto je spełnia i dla kogo chce się starać, i samemu spełniać czyjeś. Takie z pozoru proste, a jednak wymagające. I to jest moja odpowiedź na pytanie Pana z Chilli Zet. Czy istnieje (uniwersalna) formuła udanego związku? Nie, ale według mnie istnieje tajemniczy, niezbędny składnik :) Happy Valentines Day!

/tak, zdjęcie historyczne, robione 1,5 roku temu, ale bardzo pasuje :)  - autor: Caribu/

 
 

Co robić w weekend?

Jest sobotnie przedpołudnie i planuję sobie pracę – nie ma litości, hahah. Faktem jest, że dopóki nad głową wiszą mi terminy o weekendowym relaksie nie może być mowy, najpierw obowiązki, potem przyjemności. A Wy? Pewnie 100% wolności – szczerze Wam tego życzę. Dziś, przynajmniej w Olsztynie, pogoda nie mówi „wychodzimy, jest pięknie!”, więc jeśli planujecie posiedzieć w domu mam dla Was kilka pomysłów jak zrobić coś fajnego, do domu, lub dla siebie. Zapraszam na przypomnienie paru postów DIY :)

BATONIKI MUSLI

img_85081-1050x700

Uwielbiam! Jak je zrobicie możecie wyjść na spacer, żeby z czystym sumieniem je na nim zjeść :) A jak jeden zostanie zabierzcie w poniedziałek do pracy.

TABLICA KORKOWA NA LODÓWKĘ

SONY DSC

Świetny sposób na wykorzystanie porozrzucanych po całej kuchni korków od wina. Trzeba się jednak zaopatrzyć w matę magnetyczną i klej na ciepło / kropelkę / mocną taśmę dwustronną. Mój kot uwielbia je zrzucać z lodówki, więc…dodatkowy plus :)

SERCE ZE SZNURKA

SONY DSC

Skoro coraz mocniej siedzimy w walentynkowym klimacie…:)

MINI WAZONY

SONY DSC

Uwielbiam przedmioty codziennego użytku w uroczej wersji mini. Tutaj ze słoiczków po dziecięcych posiłkach powstały małe wazony. Recykling w domowym wydaniu :)

MINI PATERA Z POKRYWKĄ

SONY DSC

…czy wspominałam, że lubię miniatury domowych naczyń?

CZEKOLADOWE SERDUSZKA NA PATYKU

SONY DSC

Bardzo prosty i bardzo walentynkowy projekt do zrobienia w domu w ciągu pół godziny :)

SERCE ORIGAMI Z DOBRĄ WIADOMOŚCIĄ

SONY DSC

Serc ciąg dalszy, tym razem z papieru i pozytywnym przekazem (i bez kalorii).

Życzę wspaniałego weekendu, wracam do pracy. Jeśli będziecie mieć ochotę wypróbować którąś z powyższych propozycji – wysyłajcie mi zdjęcia, bardzo chętnie je zobaczę!! :)

 
 

1 2 3 4 34