Archive of ‘LIFE’ category

Pierwsze lato

SONY DSC

Fajne to lato, jak na razie. Pełne pierwszych razów. Moje i Bartka pierwsze, robione wspólnie pierogi z jagodami, Mili pierwsze regaty, pierwsze zakupy w galerii mamy i córki (córka w nosidle), pierwsze świadome uśmiechy, praca nad moim i Bartka pierwszym wspólnym biznesem, pierwsza laurka na dzień taty i pierwsze „mama” (wygugane zupełnym przypadkiem ale i tak ucieszyłam się jak nigdy). Jest pierwsza w nocy z niedzieli na poniedziałek, wszyscy razem, ale zajęci swoimi sprawami (1/3 ekipy śpi), okna otwarte, świeże, podeszczowe powietrze, fajny spokój i świadomość, że za parę godzin znowu wskoczymy na najwyższe obroty. Pierwsze takie lato.

SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC

 

Wegański Restaurant Day

SONY DSC

Posiłek bez mięsa to nie posiłek? Nie tylko bez mięsa, ale i bez jajek, mleka i …wszystkiego? Może nie do końca są to moje słowa, ale faktem jest, że dieta wegańska kojarzyła mi się z mega gastronudą, mdłą zieleniną i samymi wyrzeczeniami. A ja nie lubię się czegoś w kuchni wyrzekać, bo mi się to kojarzy z Chodakowską i dietą kopenhaską (nie łączyć) – a jedzenie ma być przyjemnością. Jak ja się głupia myliłam, biję się w pierś i zaprzyjaźniam z kaszą jaglaną.

W sobotę ponad tydzień temu, w ramach rodzicielskiej randki, byliśmy na Restaurant Day w olsztyńskim Playschool. Na wegańskim Restaurant Day dodam. Gotowała dla nas Ewape (KLIK), a my w kameralnym gronie jedliśmy, robiliśmy zdjęcia (te blogery), rozmawialiśmy i było po prostu wspaniale. Zasiedziałam się w domu i pragnęłam takiego wyjścia jak kolejnej książki Miłoszewskiego. Przeglądam zdjęcia jedzenia z mocnym postanowieniem poprawy, a przynajmniej warzywno-owocowego czerwca. Jakbym mogła jeść tak codziennie, to bez żalu zapomniałabym o schabowym i jajkach :)

SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC

 

Trawa bardziej zielona

SHA_4554asq_size1920

B. powiedział mi, że tylko przeze mnie / dzięki mnie wciąż mieszkamy w Polsce. Czyli co. Wystarczy tylko jedno moje słowo, a pakujemy walizki? Takie to proste? Czy mnie do tego w ogóle ciągnie?

Chyba nie – mam tu wszystko, co mi do szczęścia potrzeba. Już mnie nie nosi. Ale miło jest pofantazjować o idealnym życiu za granicą, bo w marzeniach wszystko się świetnie układa, prawda? Mogłabym mieszkać w Londynie, lubię Londyn –  oczywiście w 1, lub 2 strefie, a co! Urocza kamienica, kolorowe drzwi, kameralnie, a za rogiem tętniące życiem miasto. Ideał. Pracowałabym nad samymi interesującymi projektami, we własnym dizajnerskim biurze (a jak!), za odpowiednie pieniądze oczywiście i w takim wymiarze godzin, żebym miała mnóstwo czasu na bycie z rodziną. Do tego ten mój wspaniały brytyjski akcent – od razu załapałam i nie można poznać, że ja nie stąd. W marzeniach godzinami spacerujemy po mieście, świeci słońce, ale nie jest za gorąco. A co jak będzie padać? Od czego są huntery! Że niby w Anglii wieje? Bzdura – moje włosy wyglądają świetnie, jak z reklamy.

B. ma też pracę marzeń, do której nawet nie musi dojeżdżać, w końcu mieszkamy w centrum. Nie ma, że pół dnia w metrze – wszystko jak w zegarku. Piknikujemy w pięknych parkach na zmianę, w końcu jest ich aż tyle, po co się ograniczać do jednego. Chociaż mieszkamy w samym centrum, to mamy jednak kawałek ogrodu, do którego wypuszczamy Kazika i Ryśka – no bo nie moglibyśmy ich zostawić w tej szarej Polsce. Co weekend oddajemy się kulturalnym rozrywkom, bo jesteśmy tacy kulturalni. Mamy czas, mamy energię i mamy kasę. Nawet nie musimy w weekend odsypiać tygodnia. Wszyscy są tacy szczęśliwi :) Ale słodko, aż mdli, niczym po obejrzeniu bloku świątecznych reklam. Mięśnie nas bolą od ciągłego uśmiechania się, a Kazik już nie może wytrzymać tej grzeczności, do której go zmuszam w marzeniach.

Byłam w Anglii na trochę dłużej 2 razy. Wciąż pamiętam jak uciekałam gdzie pieprz rośnie, właściwie nie pieprz, a krakowska sucha, ptasie mleczko i Magda M..Nie było źle, ale nie było tak, jakbym chciała, a bycie nowym i zaczynanie od początku jest cholernie trudne, szczególnie, jak się jest takim niecierpliwym, jak ja i chciałoby się od razu wylądować w punkcie docelowym. Z drugiej strony jak uda mi się spędzić chociaż kilka dni w jakimś większym, zagranicznym mieście, to często padam zauroczona i zaczynam twierdzić, ze trawa tam na pewno jest bardziej zielona, a nutella smaczniejsza. Na przykład już w tym momencie bym się przeniosła do Zurychu :) Wystarczył weekend. Co z tego, ze nie znam niemieckiego. Nie patrzę na trudności i wady – wystarczy mi pierwsze wrażenie i pierwszy spacer.

Nie, nigdzie się nie ruszam. Sznurki są za mocno związane, za dużo mnie trzyma, choć czasem taka myśl wpadnie, szczególnie po wyborach. Jeszcze jakiś czas temu polityką się modnie nie interesowałam, niech robio co chco. Ale teraz, jak jestem świadomym konsumentem naszego kraju zaczynam myśleć „halo! co Wy do cholery..”. Czy w końcu będzie nas więcej wracać, niż wyjeżdżać? Czy może sznurki puszczą i sama pofrunę sprawdzać na własnych stopach tę bardziej zieloną trawę? Don’t know. Ich weiß nicht.

SHA_4551bw_size1920

 

fot. / JJ /shafotos

 

Osiedlowy rejs

SONY DSC

Codziennie o tej samej porze wyruszam w rejs. Ja jestem łódką, żaglem, wiosłem i kapitanem – Mila jest luksusowym pasażerem wypoczywającym w pozycji horyzontalnej. To niesamowite jak w tym samym czasie robi się tłoczno na moim osiedlowym wodnym szlaku. Mijam dziesiątki podobnych jednostek, pływających samotnie, lub w grupach. Niektóre trzymają łączność z bazą za pomocą najnowocześniejszego sprzętu elektronicznego (dzięki ci bogini macierzyństwa za komórki z internetem i smsy), a niektóre wolą analogowe rozwiązania (można chodzić z wózkiem i jednocześnie czytać magazyn? można). Czasem nawiązujemy ze sobą łączność porozumiewawczym uśmiechem (Twoje się drze? Moje też! Piona!). Niektóre jednostki wyglądają całkiem zwyczajnie, inne mega stylowo, aż nie sposób się nie obejrzeć. Taki codzienny rejs to nieoceniony sposób na trochę spokoju, bezkarne rozmyślanie, cenne kiedy się na nic nie ma czasu. Nie wspomnę o zbawiennych skutkach żeglowania na pociążowe linie i fale :) Przywykłam do tego wychodzenia w każde wczesne popołudnie. Nic nie istnieje, tylko ja, asfalt, szum miasta, turkot kół (czyt. łopot żagli), czasem szelest papierków po śliwkach w czekoladzie. Pasażer leży, ja idę. Gdybyśmy żyli w Stanach – te pojedyncze jednostki już dawno zamieniłyby się w wielką, rozgadaną, wiecznie uśmiechniętą flotę. Ale to Polska, kraj chłodny i zdystansowany, więc tylko zerkamy na siebie i udajemy, że wcale się nie rozpoznajemy, chociaż mijamy się codziennie o tej samej porze już dziesiąty raz. Nic to. Ja wcale nie nalegam, bo lubię żeglować w niemal samotności, z uśpionym pasażerem luksusowym, wtedy przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły, nie ma rzeczy niemożliwych, a energia wraca, nawet jak żegluję pod górkę.

SONY DSC

fot. / JJ /shafotos

 

M jak Mila, mama, macaronsy

SONY DSC

Od dawna szaleję za typografią i przeglądam internet, i się napawam takimiż plakatami, nadrukami itd. Dlatego z wielka chęcią zabrałam Tekstualnej jej bluzę. W marzeniach jestem mega utalentowanym liternikiem i sama, wyposażona w zwykły długopis, czy marker, tworzę cuda rodem z Pinteresta. Na szczęście zaczynam utwierdzać się w przekonaniu, że nie można wszystkiego, że lepiej skupić się na kilku rzeczach, a nie rozdrabniać, bo i tak jestem mocno rozdrobniona, niczym coleslav w KFC. Chwilowo, w każdym razie, liternikiem nie zostanę, musi mi wystarczyć moje rodzone pismo, bez udziwnień, niezbyt atrakcyjne (Babcia: Po ojcu to ty pisma nie odziedziczyłaś / czyt. nieładne). Według internetowych grafologów jestem tolerancyjna i hojna, żyję w zgodzie z obowiązującymi przepisami, jestem otwarta na otoczenie i towarzyska, jednocześnie cenię sobie samotność, do tego jestem dynamiczna i śmiała, a także najprawdopodobniej jestem zainteresowana głównie sobą i mam artystyczną naturę, co wcale nie kłóci się z byciem zorganizowaną i empatyczną (i muszę być niezła w tworzeniu zdań wielokrotnie złożonych, a to wszystko mówi moja kropka nad „i”) :)

Normalnie kobieta orkiestra, zatańczy, murzynka upiecze, krawat zawiąże, PITa wypełni.

Wracając do pisania – jeszcze jakiś czas temu dzielnie reprezentowała mnie litera „E” – wiadomo – Emilia, event (chociaż już coraz mniej się nimi zajmuję), a teraz na podium wchodzi druga, równorzędna –  ”M”. Mila, mama, miłość, mleko, macaronsy :). Dla każdego coś dobrego.

SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC

 

High 5 Neptun!

SONY DSC

Dwa dni, jedna noc. Przybiliśmy piątkę neptunowi, zaliczyliśmy prelekcję na Netvision (chociaż moja czerwona twarz mówi o tym, że nie jestem dobra w publicznych wystąpieniach, to nie było źle – jak słuchacze fajni, to i prelegenci wyluzowani), niedzielną sesję dla Mammazine (wspominałam, że od jakiegoś czasu jestem pełnoprawnym członkiem redakcji i działam działam), dwa spacery po starym mieście, belgijskie frytki, chińczyka i do tego kilka głupawek i dobrą zabawę. Wymarzłam, wyśmiałam się, trochę popracowałam, ale najważniejsze, że 100% czasu spędziłam z Moniką, Bartkiem i Milą. Rodzinnie. Nawet zimny wiatr mi nie przeszkadzał, w końcu od czego jest gorąca czekolada na wynos.

SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC

 

Slow life

SONY DSC

Nie piekę sama chleba, ani pasztetu. Nie serwuję Mili ekologicznych pieluch i nie piorę ich z orzechami. Nie robię sama kosmetyków (choć miałam epizod z peelingiem), a przetwory kupuję, albo dostaję od niezastąpionej Mamy. Nie zawsze celebruję posiłki i nie chodzę na rynek z wiklinowym koszem (choć nie powiem, wizja wręcz paryska, całkiem kusząca). W ogóle nie chodzę na rynek, skoro w sąsiedztwie mam 4 duże sklepy samoobsługowe, w tym jeden dyskont. Lubie jeść pizzę w towarzystwie serialu (pizza akurat homemade), często biorę na siebie za dużo, nie mam czasu na długie, romantyczne spacery, ani medytacje i leżenie na trawie do góry wentylem. Książki czytam w dużych ilościach, ale urywkami, nie dla mnie kilkugodzinne sesje z kolejnym kryminałem i dzbankiem herbaty.Tak naprawdę moje życie to jak trailer filmu pod tytułem FAST LIFE, ale jak nigdy dotąd czuję się tak bardzo slow.

Kobieta, partnerka, biznesłumenka, mama, córka, przyjaciółka, koleżanka, siostra, wnuczka, blogerka, graficzka, no i ja, jako ja, dla siebie…sporo tego. Ostatnio przybyła mi bardzo ważna rola i zaczęłam się po prostu bać, że trochę tego dużo, że doba ma 24 godziny i że moja wewnętrzna bogini…tfu, wróć! moja wewnętrzna „pani kontrola” będzie mocno wkurzona i nieusatysfakcjonowana. Spodziewałam się ataków irytacji, rzucania komputerem z okna (dobrze, że to parter), braku czasu na cokolwiek i podkrążonych oczu. Przygotowywałam się na szukanie pomocy w artykułach „10 skutecznych sposobów na ogarnięcie życia”, czy też „Multitasking w 3 prostych krokach”. Oliwy do ognia dolewały ciocie i wujkowie Dobra Rada, według których czeka mnie armageddon, a że nie jestem Brucem Willisem, to nie mam większych szans (hmm..Bruce chyba nie wyszedł na tym armageddonie najlepiej, więc może lepszym porównaniem byłby Ben Affleck). Bałam się chaosu, a wiecie co? Jest harmonia, ład, ustalone priorytety, zwolnienie tempa i ogólne nastawienie „nic na siłę, najwyżej nie dam rady, a tak w ogóle to zmuś mnie”. Czyli nagły brak ciśnienia. Normalnie cud jakiś. Matka natura wyposażyła mnie nie tylko w umiejętność przemawiania bardzo wysokimi tonami w kierunku dziecka (inaczej piania) i karmienia piersią, ale w nagłą olewkę i masę cierpliwości. Czemu nikt mi tego nie powiedział wcześniej? :)

Jestem spokojniejsza, jeszcze bardziej zorganizowana, poukładana. Wcale nie pracuję mniej, ale dobre planowanie pozwala mi na elastyczność i brak stresu. Zauważyłam, że każdą wolna chwilę wykorzystuję na pracę, realizowanie listy zadań, bez gadania i bez zwłoki (dzieci nie śpią przecież na okrągło, choć mi trafił się dobry egzemplarz). Czyli dużo się dzieje i nowe plany gonią następne, ale spokój, jaki dała mi nowa życiowa sytuacja sprawia, że jestem po prostu slow.

I ta wolność i powolność bardzo mi pasuje.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

 

Wielkanoc

SONY DSC

Choć zawsze przed świętami mam wizję radosnego lenistwa, beztroskiego czasu poświęconego na czytanie zaległych magazynów, czy oglądanie filmów, to w końcu okazuje się, że wcale doba magicznie się nie rozciąga i te kilka dni mijają tak samo szybko jak dzień przed ostatecznym deadline’em w pracy :) czyli bardzo.
2015 nie jest pod tym względem wyjątkowy. Przeglądam zdjęcia i cieszę się, że chociaż pogoda do bani, to było wiosennie, było fajnie i miło, i bardzo świątecznie. Monika odkryła w sobie zaklinaczkę dzieci, Inula do upadłego szukała czekoladowych jajek, schowanych przez zająca (które potem magicznie zamieniły się w wielkanocne żelki Haribo – pewnie czekoladowe jajka się zającowi skończyły), Mila była gwiazdą wieczoru (a właściwie dnia), a ja mogłam delektować się sałatką jarzynową, odłożoną specjalnie dla mnie, bez cebuli.

SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC

 

Nowe

SONY DSC

Jesteśmy już w domu z nowym członkiem rodziny, który wpasował się w nas idealnie, jak brakujący klocek lego, od pierwszej minuty. Docieramy się z Milą, ustalamy sobie nasz rytm. Mamy bardzo łaskawe dziecko, oby tak miłościwie nam panowała dalej :)

Energia mi wraca, to nie tylko Ona, ale też słońce, wiosna, nowe plany i zdecydowanie lepsze samopoczucie. Czuję, że najlepsze dopiero przede mną. Słyszałam, że to w ciąży kobiety czują, że mogą przenosić góry – ja czuję to dopiero teraz, więc chyba będzie się działo.

SONY DSC
SONY DSC

 

Kobieco na dzień kobiet

DSC_1719

Nie mogłam dostać zdjęć z sesji w lepszym dniu, niż dzisiaj :) Wspaniały prezent na dzień kobiet. +100 do boskości. Dzięki Agacie z Doradcy Stylu mogłam poczuć prawdziwą atmosferę sesji zdjęciowej. Czułam się świetnie i chyba to widać na zdjęciach. Mam niesamowita pamiątkę z brzuchowych czasów – na kolejna sesję się już nie załapię, bo czasy brzucha zaraz się skończą.

Do tej pory przeważnie moje zdjęcia to był 100% lifestyle – niekoniecznie w domu, ale tak na luzie, bez przygotowań. Miałam okazję spróbować czegoś nowego – sesji z produkcją, stylizacją, profesjonalistami – w dodatku w nieco innej dla mnie stylistyce. Co mogę dodać? Jeśli jesteś w ciąży – zdecyduj się na sesję. Nie dość, że to idealna pamiątka, to jeszcze cała otoczka sprawi, że poczujesz się bosko i kobieco (i nie spędzisz kolejnego dnia w dresie). O!

DSC_1570
DSC_1625
DSC_1681
DSC_1798
DSC_1930
DSC_1985
DSC_2060

 

A na koniec na wspólne zdjęcie załapał się Bartek – w końcu na co dzień jest moim ulubionym fotografem, więc wszystko się zgadza :)

DSC_1864

 

Produkcja: Caribu
Foto: Ratuszyński Fotografia
Stylizacja: Doradca STYLU
Make Up: Beauty Bar
Manicure/Pedicure: Gaja Bio Kosmetyka
Ubrania: Happymum
Wnętrze: Playschool

 

1 2 3 17