Listopad 2013 archive

Zabezpieczam się

Przezorny zawsze ubezpieczony. Trzeba się zabezpieczać. Zgadzam się, teoretycznie, bo praktycznie często co innego na głowie mam. O czym piszę? O najważniejszych pod słońcem danych, plikach, czy zdjęciach i ich szczęśliwym żywocie po wsze czasy. Do niedzieli żyłam w błogiej nieświadomości spokojne kumulując całą moja pracę, wszystkie pliki na dysku zewnętrznym (co było zresztą wielką rewolucją 1,5 roku temu – jak to? bez miliona folderów na pulpicie? wszystko na dysku z kablem?).

Przez ostatnie 1,5 roku dysk ten zderzył się z podłogą niezliczoną ilość razy, co powinno mnie dostatecznie zaalarmować i skłonić do rozpatrzenia środków zaradczych, ale odkładałam kupno drugiego dysku na potem. Zawsze są ważniejsze wydatki. W niedzielę okazało się, że nie ma nic ważniejszego. Kazik (nowy domownik) położył mi się na dysku, kilka razy machnął łapką w okolicach kabla i…dysk odmówił posłuszeństwa powodując u mnie stan przedzawałowy. Stanęłam w obliczu utraty WSZYSTKIEGO – plików graficznych i niegraficznych, zdjęć, dokumentów. Tragedia. Na szczęście to była tylko nauczka od losu na przyszłość i pan z serwisu komputerowego  przywrócił mi dysk do życia. Kupno dysku jest teraz priorytetem. Rozważam wszelkie opcje magazynowania i archiwizowania danych. Nie chcę dopuścić do podobnej sytuacji w przyszłości, mam dosyć takich atrakcji.

Dysk zewnętrzny,
kolejny, to najważniejszy planowany zakup. Ma być mocny, pojemny i ładny, oczywiście. Mozliwości jest sporo. Tak, czy inaczej muszę przymocować ten dysk do laptopa na stałe (silikonem?), żeby mi nie spadał co i rusz. Obiecuje poprawę i zapisywać pliki, nad którymi pracuję, na dwóch dyskach przynajmniej raz w miesiącu. Przeszukuję internet. Decyzja jeszcze nie zapadła. 3 i 5 mi się po prostu bardzo podobają (czy wspominałam, że lubię kolor pomarańczowy?), ale to nie na wygląd powinnam patrzeć. To musi być małżeństwo z rozsądku i na solidność, i pojemność muszę zwracać uwagę. Ehh…

1  |  2  |  3  |  4  |  5  |  6

Opcje internetowe.
Dropbox? Zastanawiam się, czy to bezpieczne w przypadku stałego przechowywania danych i czy za kilka miesięcy nie zapomnę hasła, czy nikt mi tych plików nie podkradnie. Muszę to przemysleć.

Drogie dzieci. Zapisujcie swoje ważne pliki, dokumenty, zdjęcia na minimum 2 nośnikach. Róbcie regularnie kopie zapasowe. Nie oszczędzajcie na dyskach zewnętrznych. Z podrowieniami ciocia Emilka.

 

Be hungry #4

Już koniec listopada, a ja ciągle jeszcze w jesiennej, nie zimowej świadomości. Nawet kurtki zimowej nie wyjęłam, no bo co będę nosiła zimą? A przecież tak naprawdę zima już jest. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Chociaż kuchennie wpasowaliśmy się w klimat i zaczynamy jeść rozgrzewająco. Zupa rybna to strzał w dziesiątkę pod tym względem, oczywiście dla miłośników ryb i owoców morza. Dla niemiłośników proponuję rosół, po polsku, normalnie, bez udziwnień:) Ale dziś udziwniamy.

Zupa rybna to też wpływ Bartka, bo bez niego nigdy jej nie jadłam. Okazało się, że bardzo ją lubię, szczególnie w pikantnej wersji z papryką, imbirem i chilli. Jest sycąca, rozgrzewająca, godny przedstawiciel COMFORT FOOD.

Zapraszamy :)

Składniki:

- około 350g filetów rybnych – świetnie nadaje się do tego dorsz, czy łosoś
- mieszanka owoców morza
- włoszczyzna
- 1 cebula
- 1 papryka (albo po pół dwóch rożnokolorowych)
- szklanka przecieru pomidorowego
- świeży imbir do smaku
- skórka starta z 1/3 limonki
- suszone, albo świeże chilli
- liść laurowy
- ziele angielskie
- sól, pieprz
- natka pietruszki

1. Wrzucamy pokrojoną w kostkę włoszczyznę do garnka, zalewamy wodą (około 2 litrów) i gotujemy około 20 minut na małym ogniu.
2. Cebulę obieramy z zewnętrznych warstw i przypalamy na gazie (na palniku, jak to robią nasze babcie) i w całości wrzucamy do garnka z warzywami.
3. Jak włoszczyzna się podgotuje, dodajemy do niej pokrojoną paprykę i przecier pomidorowy.
4. Doprawiamy do smaku (sól, pieprz, liść laurowy, ziele angielskie, chilli, przetarty imbir i skórka z limonki)
5. Jak warzywa są już ugotowane, czas dodać pokrojoną w kawałki rybę i owoce morza. One potrzebują tylko kilku minut gotowania.
6. Próbujemy rybę i jeśli jest ugotowana, można jeść. Dekorujemy natką pietruszki i kawałkami limonki.

Smacznego!

 

 

Niemuzyka

Nie przepadam za ciszą. Nie lubię też, jak jest za głośno. Myślę, że potrzebuję szumu. Tak to nazywam. Szum jest dla mnie dobry, 24 godziny na dobę. Uwielbiam odgłosy ruchliwej ulicy, szum kawiarni, gwar rozmów, deszcz, burzę, szum drzew, śpiewające ptaki, cichą chilloutową muzykę, mruczenie kota. To jest dla mnie naturalne. Głucha cisza mi przeszkadza. Nie raz było tak, że warszawscy przyjaciele, jak u nich nocowałam, dziwili sie, że zostawiam na noc otwarte okno, a przecież za oknem Puławska w swej głosnej wspaniałości. W to mi graj. A właściwie w to mi szum.

Z radością odkryłam jakiś czas temu, że możliwości internetu nie mają granic i że jeśli mam specjalne, np. deszczowe życzenie – wsytaczy znaleźć odpowiednie nagrania i już zasypiam przy dźwiękach letniej burzy. Proste? Tak – deszcz jest idealny do zasypiania i relaksu. Wyobrażam sobie, że mam otwarte okno, a za oknem deszcz i wiatr, a ja pod kołdrą, czy kocem. Dla mnie nie ma nic lepszego. Deszcz jest lepszy nawet od cicho puszczonej płyty Sade – którejkolwiek :) Próbowaliście? Jeśli macie ochotę na prawdziwie deszczową atmosferę, kliknijcie TUTAJ, to mój ulubiony film.

Do pracy mam efekty specjalne, o czym już kiedyś wspominałam. Gwar kawiarni. Coś wspaniałego. Dowiedziono, że źle pracuje się w kompletnej ciszy. Tak samo kiepsko przy za głośnej muzyce, lub przy muzyce generalnie, która może rozpraszać. Podobno gwar rozmów rodem z kawiarni jest do pracy idealny, nie za głośny i nie za cichy, pobudza kreatywność. Sprawdziłam na sobie. Pracując w domu włączam „kawiarnię” i czuję się jakbym piła kawę i pracowała w centrum masta, wśród innych freelancerów. To działa, pracuje się lepiej, można się skoncentrować łatwiej i jakby więcej pomysłów do głowy przychodzi. Kawiarnię znajdziecie TUTAJ. Przyjemnej pracy :)

A dla miłośników kotów, nieposiadających takowych mam też coś fajnego. Mruczenie na zawołanie (TUTAJ). Mnie to też uspokaja i relaksuje, choć zawsze w połączeniu z mruczącym osobnikiem i jego futerkiem. Jeśli wyjade i zatęsknię za moimi wąsaczami, to na pewno włączę sobie takie mruczenie.

Też tak macie? Lubicie szum i nieciszę? Kompletna cisza jest mi obca i w tym właśnie momencie włączam sobie deszcz i rozpoczynam niedzielną relaksację wyobrażając sobie, że jest lato, a ja siedzę na tarasie, czytam magazyny, piję herbatę, a na dworzu pada. Grunt to wyobraźnia, prawda? Do tego porcja zdjęć z Pinterestu i gra muzyka. Czujecie klimat?

 

Na co czekam

Zawsze w okolicach urodzin mojej Mamy (teraz) zaczynam myśleć, że już za chwilę będzie grudzień i zima, a grudzień, to ja lubię, od dziecka :) Grudzień to mikołajki, nasze urodziny, no i święta. Z czasem w tym zacnym gronie pojawiły się też imprezy sylwestrowe, im byłam starsza, tym huczniejsze. Tak, czy inaczej – czas radości i ogólnej, zimowej szczęsliwości. Nie lubię zimy i zimna, ale grudzień ma dyspensę i wybaczam mu wszystko.

W odróżnieniu od np. Bartka, ja czuję magię świąt i z radością po raz pierwszy słucham „Last Christmas” i patrzę jak miasto nabiera świątecznego oświetlenia, o sklepach nie wspominając. Nabieram energii i chce mi się bardziej, lepiej mi się pracuje i ogólnie jestem spokojniejsza i szczęśliwsza. Snuję też plany i rozmyślam nad postanowieniami. Na to jednak przyjdzie czas.

Co do planów i oczekiwań, to zaczynam już o tym myśleć i się zastanawiać. Magia grudnia już za chwilę zacznie działać i chcę to wykorzystać. Tak naprawdę już zaczyna działać – takimi postami wprawiam siebie w dobry nastrój wyczekiwania. Czekam.

1. Czekam na choinkę. W tym roku chcę choinkę w domu, niedużą, w doniczce, prawdziwą, pachnącą i ozdobioną przeze mnię. Będzie frajda. W zeszłym roku chyba jeszcze u nas w domu nie było aż tak domowo, żebym przeforsowała pojawienie się drzewka. W tym roku będzie inaczej, już poczyniłam przygotowania.

2. Czekam na świąteczne DIYe, na pakowanie prezentów i blogowe, w związku z tym, podniecenie. Blog mobilizuje mnie do wymyślania i tworzenia, i to jest fajne. Nie wiem, czy uda mi się zrealizować wszystkie pomysły, grudzień nie trwa wiecznie, a doba ma tylko 24 godziny, ale zrobię mocną selekcję i zaprezentuję najlepsze z najlepszych :)

3. Czekam na zanurzenie się w świątecznym klimacie, na słuchaniu pod kocem Kuby Badacha śpiewającego piosenki Zauchy. Na picie prawdziwej gorącej czekolady (mam swoje tajemne sposoby) i oglądanie świątecznych komedii romantycznych (Holiday i Love Actually – to moje hity) w towarzystwie B. (już widze jego entuzjazm) i kotów (tak, mam nadzieje, że świat wróci do równowagi i w naszym domu znowu będzie parzysta liczba).

4. Czekam na blogowe trójmiejskie wyzwania. Mam nadzieję, że Trójmiejskie Mamy i Tatowy znowu zaangażują mnie do tworzenia kolejnego wydania Mammazine. Czekam też na pakowanie prezentów w IKEA na początku grudnia. Jak to się dzieje, że nieszkodliwe, papierowe hobby zamienia się pomału w sposób na życie i wolny czas? Nie wiem jak, ale cieszę się z tego bardzo.

5. Czekam na świąteczne gotowanie. Moja praca pozwala mi na więcej wolnego w święta i na pewno z przyjemnością wrócę na chwilę do Rodziców, żeby razem z Tekstualną piec i gotować, kroić, mieszać i tarkować. Lubię to jedzenie jedzone raz w roku, zapach i wspólny czas. Obowiązkowo ubieranie choinki z Tatą. To będą pierwsze święta Inuli i na pewno będzie śmieszniej, fajniej, lepiej.

fot 1/3/5

Taki mały post, a tyle sprawił mi już radości. Mogę czekać dalej :)

 

Czary z jajek

Uważam się za szczęściarę. Jestem pewna, że jak bardzo chcę, to potrafię, że zasługuję na same dobre rzeczy i to często otrzymuję. Raz na jakiś czas stwierdzam też, że „kosmos mi sprzyja” i że świat pokazuje, że mnie lubi drobnymi zbiegami okoliczności, czy szczęśliwymi trafami. Takich trafów w moim życiu było dużo i prowadziły do fajnych wydarzeń i ludzi. Lubię kolekcjonować takie momenty i poprawiać sobie potem humor samym myśleniem. Spieszę się i jak się zbliżam do przejścia to włącza się zielone dla pieszych, dzięki czemu dobiegam do autobusu i przypadkiem spotykam dawno niewidzianą koleżankę – kosmos mi sprzyja. Wracając wieczorem do domu podnosze wzrok i w tym momencie latarnia nade mną się zapala – wszechświat daje mi znać, że mnie lubi :) Bartek kroi jajko na pół i mi je daje – widzicie? Coś jest na rzeczy.

To zupełnie bezpodstawnie podnosi na duchu i wypatruję takich rzeczy. Magia na co dzień, bardzo proszę :) Teraz szczególnie potrzebujemy takich atrakcji po pożegnaniu z Edziem, który od wczoraj buszuje w Krainie Wiecznych Łowów. Pozytywne myśli bardzo wskazane.

 

Lis origami dla Mammazine

Jak zadano mi zadanie „Zrób coś, co kojarzy Ci się z jesienią, ale nie za trudne”, to od razu pomyślałam o lisie. Nie wiem dlaczego, w końcu lis z jesienią ma tyle wspólnego, co każde inne zwierze…może to ten rudy kolor? Ale zwierz w głowie pozostał i widzicie go w całej papierowej okazałości poniżej :)

Mammazine to magazyn online, stworzony dla mam przez Trójmiejskie Mamy. Jest to miesięcznik, pięknie zaprojektowany przez Tatowego, który oglądam raz za razem, choć nie jestem mamą, tak mi sie podoba. Mój w nim udział to jesienna zabawa dla mam i dzieci, czyli wspólne składanie lisiej rodziny, tutorial origami. Całe pierwsze, listopadowe wydanie Mammazine do przeczytania i obejrzenia TUTAJ. Zapraszam :)

 

Handmade

Dziś o ręcznej robocie. Co ma w sobie HANDMADE, że mnie do niego ciągnie? Jest mi do niego po drodze po prostu!

Handmade dla mnie to małe pracownie i ludzie, którzy kochają to, co robią, to szum maszyn do szycia i kolorowe plamy od farby. Ręczna robota ma zapach świeżo pieczonych ciastek. Im jestem starsza, tym bardziej doceniam – oryginalność, jakość i serce, bo dla mnie ręcznie oznacza właśnie z sercem. Dobrze czuję się z tym, że kupując przedmioty handmade pomagam spełnić marzenia innego freelancera, w zamian dostaję przedmiot oryginalny i wykonany starannie, z pasją, dobrej jakości.

To taka romantyczna wersja, bo wiadomo, jest jak wszędzie, czyli różnie i nie zawsze zjawisko handmade wygląda tak różowo jak opisuję :) Nie każdy ma talent i nie każdy robi swoje dobrze. Nie zawsze jakość powala. Co tam. Ja nastawiam się pozytywnie i myślę o tej lepszej stronie, bo też tą lepszą stronę mam przed oczami właśnie.

Handmade (oryginalnie IKEA) jest na przykład mój złoty stolik. Własnoręcznie go ozłociłam i polakierowałam. Efekt vintage na najtańszym ikeowym stoliku został osiągnięty i się trzyma juz 1,5 roku, bardzo jestem z siebie dumna. Ostatnio do ręcznie robionej kolekcji dołączył chustecznik, który dostałam od Oli ze Skarbów Amelii. Jest taki jak chciałam – neutralny, prosty i lekko pozłocony na przetarciach. Dzięki ręcznej pracy moje otoczenie jest wyjątkowe, moje, inne niż wszystkie, to są przemioty robione przeze mnie, lub kupione, czy podarowane – mieszam to wszystko i patrzę co z tego wyjdzie. Przeważnie wychodzi dobrze :) tak jak ten mix złotego ze złotym.

Czas na ręcznie zaparzoną herbatę i ręcznie upieczone ciasto!

 

Niech wąs będzie z nami

Zarost na twarzy do jakiegoś czasu kojarzył się z męskimi sprawami. Ale sprawa jest dynamiczna i obecnie wąsy to coś więcej :)

Chyba nie muszę nikomu mówić, że wąsy to motyw legenda, hipsterko-fajny i mega popularny. Sama go lubię bardzo. Dużo projektantów rzuca się w wir tego trendu i używa jak się da. Ja w swej karierze zrobiłam jedno wąsate logo Pana Monka i bardzo tę pracę dobrze wspominam. Rozumiem, że nie wszycy podzielają mój entuzjazm i wąsy powinny się kojarzyć z policjantami i elektrykami, a nie z poduszkami, czy biżuterią, ale nic na to nie poradze, że nie mam nic przeciwko. Zresztą mężczyźni w mojej rodzinie noszą wąsy, więc dobrze mi się to kojarzy, nie mówiąc o Bartku, który do wąsów się nie ogranicza :)

Czemu wąsy podbiły świat? Bo są zabawne, na luzie i stylowe. Są dosyć minimalistyczne i proste, a do tego uniwersalne i dobrze wyglądają na większości nośników. Imprezy dekorowane wąsami to hit – sama bym się zastanawiała nad wąsatym motywem przewodnim, jakbym coś organizowała.

A co jest najlepsze? To, że mogę połączyć wąsy z fontami, a fonty lubię bardzo! Raz, dwa, trzy i gotowe. Ulubiony font = niezły pomysł na wąsy. Zobaczcie sami! Nawiasy to jest to :)

 

Be hungry #3

Kto lubi śniadania ręka do góry?! Ja lubię bardzo, szczególnie jak czeka na mnie coś dobrego. Zawsze uważałam, że pasty kanapkowe to kolejny cud świata i przy odrobinie dobrej woli można stworzyć wiekopomne, kanapkowe dzieło. No bo co za problem włożyć do miski wszystkie ulubione składniki, dodać majonez i wymieszać? :) Zgadzam się – nie wszystko wygląda bardzo apetycznie, natomiast są sposoby na to, żeby wygląd też przyciągał. Jak dla mnie dodanie szpinaku (zielony), curry (żółty), lub papryki (czerwony) to niezłe rozwiązanie dla pozytywnego wizualnego efektu. W końcu je się oczami :)

Moją pastą prosto z dzieciństwa to tradycyjna pasta z makreli, z jajkiem na twardo i majonezem (i cebulą opcjonalnie, dla mnie bez). Kto jej nie jadł? Do tej pory ją robię dosyć często, albo chętnie wyjadam, jak znajdę przypadkiem w lodówce u Rodziców.

Dziś jednak naszła nas ochota na śniadaniowe eksperymenty. Jak zamienić coś tradycyjnego w coś równie przyjemnego, ale trochę innego? Żeby było smacznie i domowo, i szybko? Mamy dla Was z Bartkiem bardzo, bardzo proste sposoby na 2 pasty kanapkowe – z rybą i bez. Co kto lubi :)

PASTA Z MAKRELI

- makrela wędzona
- 2 jajka na twardo
- 2 łyżki majonezu
- 2 łyżeczki wasabi / chrzanu o smaku wasabi
- sól, pieprz
- szczypiorek do dekoracji i do smaku (opcjonalnie)

Mięso wędzonej makreli rozdrobnić (wyjąć ości!), wymieszać z majonezem, chrzanem i przyprawami, następnie do masy wrzucić 2 jajka na twardo i rozgnieść widelcem.

PASTA Z AWOKADO I CIECIORKI

- 150g ciecierzycy
- 1 awokado
- 2 łyżki majonezu
- 1 łyżeczka curry (lub więcej – według uznania)
- garść szpinaku
- pieprz i sól

Cieciorkę ugotować i ostudzić. Awokado obrać i pokroic na kawałki. Cieciorkę, awokado, szpinak oraz pozostałe składniki rozdrobnić blenderem i doprawić do smaku. Ta pasta jest bardzo delikatna, więc można poszaleć z przyprawami, jeśli ktoś lubi. Na koniec dodać 2 jajka na twardo i rozgnieść je widelcem. Wymieszać całość.

Pieczywo grubo smarować, się nie przejmować kaloriami. Jeszcze lepszy efekt uzyska się dekorując kanapki szczypiorkiem, grubo zmielonym pieprzem, chilli, czy plasterkami awokado.

Smacznego!

 

 

Wrocław jo ci przaja

Wiecie co jest lepsze od oglądania zdjęć z miejsc, w których się było i które się podobały? Świadomość, że sie jeszcze tam wróci. Drogi Wrocławiu – nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Fotki z Wrocławia – 2 tura.

Przeziębienie i pogoda trochę rzucały nam kłody pod nogi, szczególnie we wtorek, ale i tak udało nam się zaliczyć prawie wszystkie punkty z listy :) Czytałam komentarze od Was i wiadomości na FB, i skrupulatnie zaznaczałam na mapie gdzie i co. Byłam bardzo wdzięczna, że dzięki Wam dowiedzieliśmy sie o tych świetnych miejscach, do których na pewno byśmy nie trafili sami. Jestem pod wrażeniem cmentarza żydowskiego, gdzie czas się zatrzymał. Zakochałam się w Rondzie Powstańców Śląskich (dziękuję Aga) i na kilka chwil zniknęłam w szmateksie na skrzyżowaniu Piwna/Ładna. No i te wszystkie kamienice…

Ale zacznijmy od tego, od czego się powinno – od śniadania. Krótki urlop we Wrocławiu to nie czas i miejsce, żeby na szybko jeść kanapki z pasztetem w hostelowej kuchni. Postanowiliśmy zaczynać dzień dobrze i jednocześnie pouprawiać trochę kulinarną turystykę – śniadania w Bułce z Masłem to dobra rzecz, a nawet bardzo. Świetne wnętrza, miła obsługa, czas na to, żeby napisać kartki z pozdrowieniami, wypić kawę, zastanowić się nad „marszrutą” (???), jak mówi Bartek, czyli planowaną trasą. To był dobry wybór, choć podobnych miejsc w centrum jest pod dostatkiem.

Jak ma się mało dni do dyspozycji , to trzeba je dobrze wykorzystać, więc my chodziliśmy do upadłego (dosłownie, bo wracalismy do hostelu tramwajem, gdzie padłam na wolne siedzenie, tak byłam umęczona chodzeniem, haha, tylko grzane piwo i gripex mogły mnie uratować) i naprawdę udało nam się dużo zobaczyć. Jak zawsze polowaliśmy na perełki, czyli murale i kamienice. Ja upolowałam też haribo od pani ze stoiskiem z niemieckimi towarami luksusowymi. Bartek upolował widok ciekawy, na który nie zwróciłam uwagi, czyli profesjonalne oznaczenie ścieżki rowerowej.

Wrocław trzyma poziom, jest bardzo klimatyczny i ma wiele twarzy. Miasto, do którego trzeba wrócić. Jak przejdzie mi trauma 8-godzinnej podróży pociągiem w upale grzejnikowym zacznę mysleć o powrocie na Śląsk. Eh..super było.

 

1 2